| Z Zakaukazia do Polski przez osiem krajów |
|
|
|
| Nadesłał Michal Rudziecki | |
| niedziela, 03 grudzień 2006 | |
Od zawsze chciałem pojechać na Zakaukazie. A może nie tyle od zawsze, ile od wyjazdu z rodzicami do Abchazji. To było w 1980 roku, miałem 8 lat i niewiele rozumiałem; wiedziałem tylko, że jesteśmy w ojczyźnie światowego proletariatu, pierwszy raz w życiu zobaczyłem palmy i mogłem kąpać się w ciepłym morzu. Nie podobało mi się natomiast, że na plaży zamiast piasku były kamienie. To tyle odległych wspomnień, dla mnie jednak zachowały one swoje barwy przez 25 lat. I dlatego, kiedy w zeszłym roku moja przyjaciółka pojechała na trzy tygodnie do Gruzji i wróciła zachwycona („Prawie nie wstawałam od stołu, bo Gruzini nie pozwalali mi od niego odejść - cały czas tylko jadłam, piłam i śpiewałam”), stwierdziłem, że nie ma co dłużej odkładać tego wyjazdu. Kupiłem bilet lotniczy w jedną stronę, spakowałem plecak i ruszyłem w trasę.Mój plan zakładał, że przejadę lądem z Baku do Warszawy, odwiedzę trzy zakaukaskie republiki – które były przecież celem mojej wyprawy – ale przy okazji objadę też Morze Czarne, a przynajmniej część jego wybrzeża. Od północy byłoby to trudne, bo granica rosyjsko – gruzińska jest zamknięta, pozostawała więc droga od południa – przez Turcję, Bułgarię i Rumunię. Chciałem też wpaść do Mołdawii, która od dawna mnie kusiła. I, siłą rzeczy, na Ukrainę, przez którą musiałem przejechać w drodze powrotnej do Polski. Miałem trzy tygodnie. Niewykonalne? A skąd. Za dużo ? Rzecz gustu. Dla mnie to wielka frajda być cały czas w drodze, każdego dnia spać w innym kraju, oddychać innym powietrzem, płacić inną walutą. I mieć nowe pieczątki w paszporcie. Perspektywa spędzenia dwóch dni w tym samym miejscu wywołuje u mnie wysypkę. Ale do rzeczy. Azerbejdżan Doskonała mieszanka Wschodu i Zachodu, na dodatek okraszona postsowieckim czarem w postaci zrujnowanych fabryk, paskudnych blokowisk i parku samochodowego składającego się w 90% z rozsypujących się Ład i Moskwiczów (pozostałe 10% to terenowe Toyoty i Nissany z przyciemnianymi szybami). Baku to niewątpliwie najbardziej zachodnia twarz tego kraju: klimatyczne orientalne Stare Miasto ze średniowiecznymi meczetami i pałacami jak z baśni o tysiącu i jednej nocy; zaraz za jego bramami wielkie kamienice z czasów naftowego boomu z początku dwudziestego wieku, McDonalds i tlenione na blond dziewczyny w kusych spódniczkach uwieszone na ramionach spasionych cudzoziemców, którzy na co dzień pracują na platformach naftowych na Morzy Kaspijskim, a w weekendy równie pracowicie wydają ciężko zarobione pieniądze w najdroższych baskijskich restauracjach. A także setki nowoczesnych apartamentowców budowanych dniem i nocą przez tureckich inwestorów. W powietrzu niemal unosi się przenikliwy zapach naftowych pieniędzy. Ale to, co najciekawsze znajduje się zaraz za południowymi rogatkami miasta: ogromne pole szybów naftowych, przez nikogo nie chronione; ropa wylewa się dosłownie z każdej dziury w ziemi. Im dalej od Baku, tym coraz mniej Zachodu: drewniane wioski i zapyziałe miasteczka. Kiedy wyciągałem pieniądze z jedynego bankomatu w jednym z takich miasteczek Seki otoczył mnie tłumek miejscowych nastolatków, którzy – według jednego z nich – nigdy jeszcze nie widzieli, jak pieniądze wychodzą ze ściany. W tym samym miasteczku prawie zostałem zlinczowany w ulubionej piwiarni miejscowych weteranów wojny z Armenią; wszystko przez to, że autor mojego przewodnika był na tyle nieroztropny, że umieścił ormiańskie nazwy miejscowości w rozdziale o Nagornym Karabachu: wspomnienie wojny i wynikające z niego animozje są tu wciąż świeże. Armenia Chodząc po wysadzanych drzewami ulicach Erewanie czułem się trochę jak parweniusz: w czasach kiedy Ormianie mieli już własne państwo, własny alfabet i wspaniałą kulturę (warto wiedzieć, że Armenia jako pierwszy kraj na świecie przyjęła chrześcijaństwo; Gruzja była druga i spóźniła się tylko o trzydzieści lat), nasi przodkowie chodzili jeszcze po drzewach ubrani w skóry i rzucali w siebie dzidami. Ślady tej wspaniałej historii widać na każdym kroku: na trawiastych i skalistych górach, przypominających trochę nasze Bieszczady, a pokrywających prawie cały kraj, stoją prastare kamienne klasztory i kościoły. Ba, kilka kilometrów od Erewania stoi najprawdziwsza klasyczna hellenistyczna świątynia, która przetrwała dziejowe zawieruchy. A tych Ormianom historia nie szczędziła: wystarczy wspiąć się na jedno z erewańskich wzgórz do Muzeum Ludobójstwa. Obok niego rosną drzewka posadzone przez wielkich tego świata odwiedzających Armenię ku czci ofiar tej tureckiej zbrodni; nie mamy się czego wstydzić, bowiem Polacy posadzili aż cztery z nich - więcej niż przedstawiciele jakiejkolwiek innej nacji. Co jeszcze ? Niesamowite kawiarnie i kluby, których mogłoby pozazdrościć Erewaniowi niejedno europejskie miasto, chociaż nieprzyzwoicie eleganckie w porównaniu z biedą reszty kraju; hordy młodych Ormian ze Stanów Zjednoczonych i Francji odwiedzające ojczyznę przodków; armeńskie Las Vegas – przedmieście stolicy, szczelnie wypełnione kasynami, które wyprowadziły się tam po dekrecie władz miasta zakazującym ich działalności w jego obrębie; wspaniała panorama Araratu, u którego stóp leży stolica Armenii. No i, last but not least, najlepszy kebab w moim życiu w przydrożnej budzie gdzieś na odludziu. Słowem, niezapomniane wrażenia. Gruzja Na przekór geograficznemu położeniu to na wskroś europejski kraj. Gdyby nie położenie właśnie oraz niesprzyjające koleje losu Tbilisi mogłoby być jedną z najbardziej eleganckich europejskich stolic, a to dzięki malowniczemu położeniu na zboczach doliny rzeki Kury i architektonicznej różnorodności, którą zawdzięcza między innymi niemieckim i polskim imigrantom zasiedlającym to miasto na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Właściwie powinienem wspominać to miasto i ten kraj bardzo źle, a wszystko przez jedną niezbyt przyjemną przygodę pierwszego dnia, wskutek którego gruziński półświatek wzbogacił się o czarny skórzany portfel marki Wittchen wraz z zawartością, czarny plecak marki Eastpak oraz okulary ze szkłami korekcyjnymi o mocy minus półtorej dioptrii. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: dzięki tej przygodzie spędziłem pół nocy na komisariacie, zawarłem kilka ciekawych znajomości i poznałem z bliska kulisy działania lokalnej policji. A zresztą Gruzini to tak sympatyczni ludzie, że szybko przestałem myśleć o tym, co mi się przydarzyło. Bo na pierwsze miejsce wśród moich wspomnień z Gruzji wysunęło się szybko inne wydarzenie: impreza w małym miasteczku Alhalkalaki, gdzie niemal do białego rana biesiadowałem w domu przygodnie poznanego lokalnego młodzieńca. Nigdy nie zapomnę tej tradycyjnej gruzińskiej gościnności. Ani dostojnych orłów latających nad niebotycznymi szczytami Kaukazu. A także zupy z tłuściutkimi kawałkami baraniny, którą musiałem (z uśmiechem na twarzy oczywiście) zjeść na śniadanie w gościnie u rodziny w miejscowości Kazbegi w sercu tegoż Kaukazu (nie, na szczęście to był wyjątek - kuchnia gruzińska jest wyjątkowo smaczna i różnorodna). A na koniec znowu zobaczyłem palmy, kamieniste plaże nad Morzem Czarnym oraz znane z piosenki Alibabek herbaciane pola koło Batumi. Turcja Byłem w tym kraju wcześniej dwa razy; tureckie plaże zaliczył zresztą przysłowiowy „każdy głupi”. Tym razem, mając świeżo w pamięci wizytę w erewańskim Muzeum Ludobójstwa, targały mną mieszane uczucia i chciałem przejechać przez niego tak szybko, jak się tylko dało. Na dodatek po zjedzeniu jakiegoś świństwa dopadła mnie tzw. zemsta sułtana i 18 godzin w autobusie jadącym przez cały kraj ze wschodu na zachód wspominam jako jeden bardzo długi koszmar urozmaicany odwiedzinami w łazienkach na stacjach benzynowych. Bułgaria Mam dla Bułgarii same pochwały. W zeszłym roku odwiedziłem tętniącą życiem (również nocnym) Sofię i rewelacyjne klasztory na południe od niej. Tym razem czas mnie już mocno gonił, ale udało mi się poleżeć pół dnia na złotym piasku w Złotych Piaskach (jak na złość słońce zaszło mniej więcej dziesięć minut po tym jak ściągnąłem koszulkę). Udało mi się też zjeść doskonały obiad oraz spędzić noc w hotelu, który dwadzieścia lat temu, kiedy byłem z rodzicami w Warnie, wydawał mi się uosobieniem przepychu i blichtru. Jedyne trzydzieści euro za jedynkę ze śniadaniem (czyli taniej niż w najmarniejszym hotelu w Strasburgu). Ostatni kilkukilometrowy odcinek trasy z Bułgarii do Rumunii przebyłem na piechotę w towarzystwie trzech przesympatycznych młodych Włochów, którzy wybrali się na podbój Europy Wschodniej z wielkimi walizkami (na szczęście na kółkach, co trochę uratowało sytuację). Rumunia Kolejny kraj, w którym byłem już wcześniej kilkakrotnie i za którym bardzo przepadam, i w którym tym razem zabawiłem jedynie chwilę, jeszcze krócej niż w Bułgarii (granicę bułgarsko – rumuńską przekroczyłem o dziesiątej rano, a już o dziewiętnastej siedziałem w autobusie jadącym do Kiszyniowa). Nie ma więc specjalnie o czym pisać, poza tym, że wszystkich zachęcam do jego odwiedzenia i samodzielnego odkrycia jego cudów (a tych jest w nim pod dostatkiem). Mołdawia Do Kiszyniowa przyjechałem o siódmej rano. O dziesiątej rano miałem wrażenie, że zobaczyłem już wszystko, co w tym mieście jest do obejrzenia. Ba, byłem załamany jego beznadzieją i chciałem wracać do Rumunii. Ale zawstydziłem się sam swoimi myślami i postanowiłem spędzić w nim przynajmniej dobę. Nie żałuję, bo niektóre miejsca zdecydowanie zyskują przy bliższym poznaniu, a Kiszyniów jest niewątpliwie jednym z nich. Co odkryłem podczas tych 24 godzin ? Przede wszystkim niesamowity, na wskroś orientalny bazar w samym centrum miasta. Po drugie, stara żydowska dzielnica, będąca chyba jedynym zachowanym fragmentem starego Kiszyniowa (reszta jest żywym modelem socjalistycznego budownictwa). Po trzecie, mnóstwo pseudosocjologicznych i pseudokulturoznawczych spostrzeżeń (zachwyciła mnie na przykład lokalna wersja muzyki chodnikowej, będąca odmianą rumuńskich maneli). No i na koniec to, co podobało mi się najbardziej – przez cały czas pobytu w Kiszyniowie czułem się jak na scenie w Sali Kongresowej podczas finału Miss World 2006. Naprawdę warto było zostać. Ukraina Przemknąłem jak kometa przez zachodnią Ukrainę, tym bardziej, że zaraz po przekroczeniu granicy na dobre się rozpadało. Niemniej jednak udało mi się zobaczyć piękne austro-węgierskie Czerniowce, a w nich doskonałą w swojej prostocie knajpę w miejscowym Parku Kultury i Wypoczynku (zadaszone betonowe klepisko, na nim poustawiane drewniane ławy, oraz dwie zakratowane kanciapy: przy jednej stała kolejka po alkohole, przy drugiej po jedzenie, nie żadne homary oczywiście, ale równie smaczne frytki i parówki). A potem Użgorod, a tam na każdym kroku klimaty rodem z „Jadąc do Babadag” (na przykład pijany w trupa Rom, który tłumaczył mi przed dworcem jak dojść do centrum, używając przy tym języka będącego przedziwną środkowoeuropejską mieszanką). No i traumatyczne przeżycia na przejściu granicznym w Medyce, które – mimo iż jest bramą do Unii Europejskiej – przypomina zgoła zupełnie inny świat i inną epokę, i było najgorszym przejściem granicznym podczas tej wyprawy. A na koniec jeszcze sześciogodzinna podróż pociąg relacji Przemyśl – Warszawa, zakłócona nagłym wtargnięciem do przedziału natręta („Panie, nie czytaj pan głupot ! Ja panu wszystko opowiem, o czym pan tylko chcesz”), który na szczęście szybko dał za wygraną. I wtedy, wysiadając na Dworcu Wschodnim, mógłbym właściwie wypowiedzieć zdanie, które niedawno przeszło do historii: „Panie przewodniczący, zadanie wykonane” (inna sprawa, że nie miałbym go do kogo wypowiedzieć). Udało się wyśmienicie. Bilans: przejechanych kilka tysięcy kilometrów (głównie autobusami), parę adresów nabazgranych na kartkach, mocno nadwerężone konto. No i oczywiście głowa pełna wrażeń i pomysłów na przyszły rok. Chodzi mi na przykład po głowie wyjazd do stanów. Ale tylko do niektórych – na pewno do Uzbekistanu i Kirgistanu. |
|
| Ostatnia aktualizacja ( piątek, 08 grudzień 2006 ) |
| < Poprzedni |
|---|



Od zawsze chciałem pojechać na Zakaukazie. A może nie tyle od zawsze, ile od wyjazdu z rodzicami do Abchazji. To było w 1980 roku, miałem 8 lat i niewiele rozumiałem; wiedziałem tylko, że jesteśmy w ojczyźnie światowego proletariatu, pierwszy raz w życiu zobaczyłem palmy i mogłem kąpać się w ciepłym morzu. Nie podobało mi się natomiast, że na plaży zamiast piasku były kamienie. To tyle odległych wspomnień, dla mnie jednak zachowały one swoje barwy przez 25 lat. I dlatego, kiedy w zeszłym roku moja przyjaciółka pojechała na trzy tygodnie do Gruzji i wróciła zachwycona („Prawie nie wstawałam od stołu, bo Gruzini nie pozwalali mi od niego odejść - cały czas tylko jadłam, piłam i śpiewałam”), stwierdziłem, że nie ma co dłużej odkładać tego wyjazdu. Kupiłem bilet lotniczy w jedną stronę, spakowałem plecak i ruszyłem w trasę.