| Tunezja - Ramadanowe ciasteczka |
|
|
|
| Nadesłał Anna Manczyk | ||||||||||||||
| wtorek, 28 listopad 2006 | ||||||||||||||
Strona 1 z 12 ![]() Od czasu kiedy nie jesteśmy studentami nie możemy sobie pozwolić na wyjazdy dłuższe niż 2 tygodnie. W tym roku postanowiliśmy spędzić dwutygodniowy urlop w Tunezji. Dlaczego tam? Z Bardzo prozaicznych powodów, chcieliśmy aby było ciepło i niedrogo... więc musiało paść na Tunezję i naprawdę było warto. Po raz pierwszy skorzystaliśmy z oferty biura podróży i wykupiliśmy pełną ofertę, a na miejscu sami zwiedzaliśmy co chcieliśmy, tak jak to mamy w zwyczaju, czyli na własną rękę. Bez wizy można wjechać jedynie z wycieczką zorganizowaną przez biuro podróży, pod warunkiem przekraczania granicy wraz z grupą i zgodnie z listą pasażerów. Osoby przekraczające granicę indywidualnie, nawet z wykupionymi w biurze biletami i świadczeniami w ramach wycieczki, powinni posiadać wizę. ![]() 12.10.2006 (czwartek) Pobudka o 4:30 rano. Nie ma to jak poranne wstawanie. W gęstej mgle jedziemy autobusem na lotnisko w krakowskich Balicach. Ciekawe czy mgła opadnie do godziny 8:40 na którą zaplanowany jest odlot samolotu do Tunezji. Na lotnisku jesteśmy na 2 godziny przed odlotem. Mimo wczesnej godziny na lotnisku sporo osób czeka na poranne loty. Z tablicy już widać, że praktycznie nic nie lata z powodu mgły. Od przedstawiciela biura odbieramy dokumenty podróży i stajemy do odprawy. Przy stanowisku odpraw jesteśmy jako pierwsi i dzięki temu sprawnie załatwiamy miejsca przy oknie w samolocie, ważymy nasze plecaki. Piękny wynik, mamy razem 25 kg bagażu. Przy okazji dowiadujemy się, że nasz samolot leci z Warszawy z częścią osób, która wsiada właśnie w stolicy. Dalej idziemy do kontroli bezpieczeństwa - przechodzimy przez bramki. Kiedy przechodzę bramka piszczy, wyciągam metalowe rzeczy, a bramka dalej piszczy. W końcu okazuje się że to sprzączki od sznurówek w butach, no i przechodzę przez bramkę w skarpetkach. Wszystko gra. Na końcu odprawa paszportowa i jesteśmy w pomieszczeniu, gdzie czekać będą wszyscy na nasz wylot. Przez szybę obok, widać jak dokładnie kontrolowane są osoby lecące porannym lotem do Londynu. Co niektórzy na prędce wypijają napoje, bo nie można ich ze sobą zabrać na pokład. W poczekalni powoli rośnie liczba osób oczekujących na czarter do tunezyjskiego Monastiru. Przez okno można zobaczyć płytę lotniska spowitą gęsta mgłą, która jakoś nie zamierza go opuścić. Dalej nic nie ląduje, ani nie startuje. Samoloty czekają na płycie lotniska, te bliższe widać, a te dalsze tylko majaczą w oddali. Co chwilę podają komunikaty o wszystkich lotach, ale o naszym ani słowa, tak jak kiedyś gdy lecieliśmy do Egiptu. Około godziny 9 mgła opada na tyle, że na płycie lotniska robi się ruch. Startują i lądują opóźnione samoloty tanich linii lotniczych oraz samolot czarterowy do egipskiego kurortu Hurghada i przez naszą salę przetacza się tłum osób wyjeżdżających do Egiptu, a my dalej czekamy. Paweł z nudów robi zdjęcia samolotom. Przed 10 pada w końcu upragniony komunikat, że samolot do Monastiru wyląduje o 10:30. Wśród oczekujących wywołuje to znaczne poruszenie. No i w końcu ląduje, a my wsiadamy. Lecimy prywatnymi czarterowymi liniami tunezyjskimi Nouvelair. W samolocie mamy 6 rząd czyli idealny widok przez okno. Praktycznie wszystkie miejsca są zajęte w samolocie, a jest ich około 180. Startujemy i po kilku sekundach ziemię oglądamy z wysokości. Przez cały lot lecimy na wysokości 11 tysięcy metrów, z prędkością około 900 km/h, a za oknem jest minus 56 stopni Celsjusza. W samolocie znajdują się ekraniki na których przez cały lot można śledzić wszystkie parametry jak wysokość lotu, temperaturę czy trasę lotu. Kilka minut po wylocie naszym oczom ukazują się Tatry, które przebijają się przez chmury. Z głośników sączy się arabska muzyka, a w między czasie dostajemy drugie śniadanie. Z nosem przyklejonym do okienka czekam na jakieś ładne kłębiaste chmury i oglądam kontury lądu. Czas mija szybko, za nami zostaje Półwysep Istria, Adriatyk, Morze Tyrreńskie i po 2,5 godzinach lotu docieramy nad Afrykę i Tunezję, gdzie głównym elementem krajobrazu są regularne plantacje drzew oliwnych. Lądujemy w Monastirze. Uff ale gorąco, od razu palą mi się stopy w jesiennych butach. Wszyscy po kolei pozbywają się ciepłych ubrań. Przechodzimy przez odprawę, zabieramy bagaże i idziemy do stanowiska biura podróży Oasis. Rezydentka przydziela odpowiednie autokary lub busy. My jedziemy busem wraz z 2 innymi osobami. Tylko tyle nas będzie w tym hotelu z całego samolotu. No to jesteśmy w Tunezji... Na tyle byłoby informacji o kraju, a wracając do naszego wyjazdu... Wskazany przez rezydentkę busik zabiera nas do hotelu w Monastirze. Bus szybko mknie pustymi uliczkami o tak charakterystycznym arabskim brudzie, mijając po drodze również hotele strefy turystycznej położone pomiędzy Monastirem, a Sousse. Zaledwie 10 minut jazdy i jesteśmy pod hotelem Esplanade. Dostajemy pokój na drugim piętrze z widokiem na morze. Hotel nie najnowszy, ale położony jest idealnie - w pobliżu plaży (wystarczy przejść przez ulicę) i 5 minut od murów mediny. Pokój jest ładny, jedynie łazience przydałby się remont, a fontanna z kranu tylko nas w tym upewnia. Rozpakowujemy się i idziemy na mały rekonesans. Jak na hotel który ma dobre 100 pokoi, uderza nas zadziwiająca cisza. Na terenie hotelu znajdują się 2 baseny jeden otwarty, a drugi zadaszony niczym cieplarnia. Po obejrzeniu z grubsza hotelu idziemy przejść się do mediny. Rzeczywiście jest blisko i już na samym początku jesteśmy zaczepiani przez licznych sprzedawców oraz taksówkarzy, jednak mamy już wprawę w odganianiu się od natrętów. W medinie na licznych straganach pojawiają się dzbanki, jak w Maroku, ale nie pytam na razie o ich cenę, żeby się to źle nie skończyło. Przyjdzie na to czas. W restauracjach albo nikogo nie ma, albo są zamknięte na cztery spusty. Jest Ramadan... Trzeba będzie się jakoś do tego przyzwyczaić. Po drodze idziemy wymienić pieniądze, zlokalizować dworzec kolejowy i autobusowy. Ku mojemu zdziwieniu wynika problem z czasem. W samolocie informowano nas, że czas różni się o godzinę wstecz i przestawiliśmy w związku z tym nasze zegarki. Jednak chodząc po centrum Monastiru widzę zegary wskazujące czas identyczny do tego w Polsce. Po powrocie do hotelu pytamy recepcjonistę o godzinę, potwierdza że jest ten sam czas co w Polsce. Hmm... ciekawe dlaczego więc w samolocie mówili co innego? Jednakże dzięki temu do pierwszego posiłku w hotelu pozostaje nam raptem pół godziny, co nas cieszy, bo jesteśmy głodni. W hotelu dalej cisza. Przy otartych drzwiach balkonu słychać nawoływanie muezina na wieczorną modlitwę: "Allahu Akbar, Allahu Akbar Aszhadu alla ilaha illa'llah Aszhadu anna Muhammad rasulu'llah Hajja ala as-sala" Co oznacza: "Bóg jest wielki Nie ma Boga prócz Allaha Muhammad jest wysłannikiem Allaha Szybko chodźcie na modlitwę." W restauracji hotelowej dosłownie kilka osób. Są też Ania ze Sławkiem - para, która przyleciała tym samym samolotem co my. Przyjechali na tydzień więc już dzisiaj zaczęli zakupy, a że pierwszy raz w kraju arabskim to łatwo ich wciągnąć w targowanie. Obiadokolacja to szwedzki stół, a tam do wyboru: kurczak, kiełbaski merguez w sosie z papryk, ryż z kurkumą, soczewica, fasolka, ogórki, pomidory. Mniam dobre. Po obiedzie czas na krótką rozmowę i wracamy do naszego pokoju, bo to jednak był długi dzień... |
||||||||||||||
| Ostatnia aktualizacja ( sobota, 23 grudzień 2006 ) | ||||||||||||||
| < Poprzedni |
|---|




Od czasu kiedy nie jesteśmy studentami nie możemy sobie pozwolić na wyjazdy dłuższe niż 2 tygodnie. W tym roku postanowiliśmy spędzić dwutygodniowy urlop w Tunezji. Dlaczego tam? Z Bardzo prozaicznych powodów, chcieliśmy aby było ciepło i niedrogo... więc musiało paść na Tunezję i naprawdę było warto. Po raz pierwszy skorzystaliśmy z oferty biura podróży i wykupiliśmy pełną ofertę, a na miejscu sami zwiedzaliśmy co chcieliśmy, tak jak to mamy w zwyczaju, czyli na własną rękę. 