Menu Content/Inhalt
Strona główna
Tunezja - Ramadanowe ciasteczka PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 460
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Anna Manczyk   
wtorek, 28 listopad 2006
Spis stron
Tunezja - Ramadanowe ciasteczka
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12

13.10.2006 (rety piątek!!!)

Wstajemy o 8 rano i pędzimy na śniadanie. Heh pojawia się nieśmiertelny, a znany z Egiptu - supersłodki dżem figowy. Są ogórki i pomidory, jakaś kiełbaska i jajka na twardo. Do tego kawa, herbata lub kakao.
Potem idziemy do mediny wymienić większą gotówkę przed weekendem, bo bank będzie zamknięty.
Odwiedzamy także miejscowy market, gdzie za niebieską zasłoną odkrywamy pokaźną szafę z butelkami alkoholu. Trzeba pod nią zanurkować i coś sobie wyjąć. Oczywiście muzułmanom nie wolno, bo jest Ramadan.
Po wizycie w sklepie i drobnych zakupach swoje kroki kierujemy pod Mauzoleum Habiba Burgiby. Do mauzoleum wiedzie brukowana droga, a po chwili ukazuje się zachwycający widok złoto-zielonych kopuł, marmurowego dziedzińca, wykładanych zielonymi kafelkami łuków i eleganckiej wschodniej bramy. W mauzoleum jest niewielka kolekcja przedmiotów należących do pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji. Warto wejść po schodach w południowej części budynku na wewnętrzny balkon na pierwszym piętrze, aby przyjrzeć się od środka wymyślnej konstrukcji mauzoleum. Na terenie wokół mauzoleum rozpościera się ogromny cmentarz tonący w bieli skromnych grobów. Z rzadka ktoś przechodzi przez cmentarz, gdzie indziej ktoś właśnie bieli grób. Na placu przed mauzoleum znajduję żuka, którego zabieram ze sobą pomimo licznych protestów Pawła. Ha będzie w sam raz dla mojej siostry. W czasie Ramadanu Tunezyjczycy produkują ogromne ilości słodkich ciastek na miodzie i z dodatkiem bakalii, które potem sprzedają na licznych straganach. Tak więc kupujemy pierwsze ramadanowe ciastka w środku faszerowane kaszką z migdałami i niesiemy do hotelu, aby je zjeść.
Spotkanie z rezydentką się zakończyło, pozostało jeszcze tylko owe małżeństwo zasypując rezydentkę gradem pytań, a my wraz z Anią i Sławkiem postanowiliśmy pojechać do Portu El Kantoui. Na postoju louage wsiedliśmy do busika do Sousse, gdzie na dużo większym postoju przesiedliśmy się na louage do Portu El Kantoui. Postój louage w Sousse jest duży, zawieszone tabliczki w hali informują dokąd jadą stojące obok nich busiki. Zgiełk jest znaczny, bo naganiacze nawołują określone kierunki.
Przekonujemy się, że opis miasteczka zgadza się z przewodnikiem. To typowa osada zbudowana od podstaw dla turystów, którzy znajdą tutaj wszystko co chcą daleko się nie ruszając. Na każdym kroku fontanny, ławeczki, sklepy z pamiątkami, restauracje oraz marina z ekskluzywnymi jachtami z różnych zakątków Europy.
Zakończywszy spacer po kurorcie koło godziny 17 zbieramy się do powrotu, bo zaczyna grzmieć i lekko padać, no i zaczynają się problemy. Łapiemy na ulicy jakiegoś louage, którego kierowca robi nas na szaro wysadzając nie tam gdzie chcieliśmy. Na odchodne mówi, że mamy niedaleko ok. 1 km. Postanawiamy się przejść, ale idziemy i idziemy przez zaśmiecone i zaniedbane przedmieścia Sousse i w końcu okazuje się, że do centrum mamy jakieś 4 km, nie mówiąc o tym ile do postoju louage. Czarne chmury są coraz bliżej, zaczyna wiać. O mało co nie obrywam lecącym kartonem. Robi się już bardzo nieciekawie. Decydujemy się złapać taksówkę, która zawiozłaby nas na dworzec louage. Po negocjacji ceny wsiadamy do taksówki, co było dobrą decyzją, bo po chwili rozpętuje się piekło. Leje niczym z wiadra, sypie gradem, o wielkości grochu, aż momentami nic nie widać przez szybę. Jak dobrze siedzieć w taksówce. Za oknem mnóstwo wody. W pewnym momencie przejeżdżamy przez wielką kałużę i niestety robimy niezły prysznic motocykliście, który bardzo się wkurza i aż kopie naszą taksówkę jadąc motorem. Na to wkurza się taksówkarz i przez okno zaczynają się kłócić. Zatrzymujemy się, bo kłótnia trwa. W końcu zdenerwowany motocyklista odjeżdża, a my... w samochodzie stoimy na środku drogi, bo nie chce zapalić mimo licznych prób kierowcy. Wysiadamy więc i w strugach deszczu, ku radości obserwujących całe zajście Tunezyjczyków, biegniemy pod zadaszenie. Całe szczęście, że dworzec jest dosłownie 200 m od miejsca, w którym się schroniliśmy, więc postanawiamy przebiec tę odległość. Po drodze jednak wynika przeszkoda w postaci drogi zalanej wodą po kostki. Nie pozostaje nam nic innego jak zakasać nogawki i przedrzeć się przez to morze deszczówki. Uff, udaje się i jesteśmy na dworcu, wsiadamy do busika przemoknięci i zmarznięci i wracamy do Monastiru. Zanim jednak opuszczamy miasto, taksówkarz kluczy aby minąć drogi, które zamieniły się w rwące potoki. Czasami przejeżdża uliczkami niczym amfibia nie robiąc sobie nic z tej wody. Za oknem widzimy, jak mieszkańcy poukładali różne zapory, albo też stoją z miotłami odgarniając wodę od progów, aby nie wdzierała się do ich domostw. Obraz niczym z powodzi, dookoła mętna woda, która dodatkowo niesie ze sobą góry śmieci. W końcu opuszczamy Sousse i ruszamy w kierunku Monastiru, a po drodze niebo rozbłyska niezliczoną ilością błyskawic.
Prawie biegiem docieramy do hotelu z postoju louage, bo i tutaj zaczyna padać. Szybko zmieniamy mokre rzeczy, a ja próbuje umyć stopy, które są w pięknym czerwonym kolorze. Tak zafarbowały mi stopy od moich czerwonych sandałów.
Ubrani w suche rzeczy pędzimy na posiłek. Koło północy docieramy z powrotem do hotelu, a za oknem znowu zaczyna padać...
 
 
1.
P1010998.JPG
2.
P1020030.JPG
3.
P1020048.JPG
4.
P1020051.JPG
5.
P1020137.JPG
6.
P1020159.JPG
7.
P1020165.JPG
8.
P1020191.JPG
9.
P1020198.JPG
10.
P1020211.JPG
11.
P1020223.JPG
12.
P1020232.JPG
13.
P1020287.JPG
14.
P1020297.JPG
15.
P1020300.JPG
16.
P1020308.JPG
17.
P1020322.JPG
18.
P1020335.JPG
19.
P1020354.JPG
20.
P1020415.JPG
21.
P1020471.JPG
22.
P1020492.JPG
23.
P1020537.JPG
24.
P1020543.JPG
25.
P1020576.JPG
26.
P1020578.JPG
27.
P1020662.JPG
28.
P1020682.JPG
29.
P1020693.JPG
30.
P_1010999.JPG
31.
P_1020355.JPG
Ostatnia aktualizacja ( sobota, 23 grudzień 2006 )
< Poprzedni