Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Europa arrow Hiszpania arrow Z Prowansji do Katalonii
Advertisement

Foto wypady


Kair islamski
Ulica Midan at-Tahrir
 

Nurkowanie - Egipt
Wieloszczet osiadły
 

Ogrody andaluzyjskie
egipt2-220.jpg
 

Pekin
beijing_14.jpg
 

Hvar
Hvar32.jpg

Logowanie

Gościmy

Aktualnie jest 194 gości online
Z Prowansji do Katalonii PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 197
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał madzia bortek   
poniedziałek, 27 listopad 2006
Image
Nasze "tour de Espana" ,planowane od ponad pół roku, spełzło na niczym już pierwszego dnia.... Miał to być 2-tygodniowy wypad samochodowy po północnej Hiszpani i przebieżka po okolicach Lizbony. Sen o Portugalii prysł jak bańka mydlana...z powodu awarii auta. Uzbrojeni po zęby w mapy i przewodniki ,lodówki turystyczne z pysznym polskim mięsiwem ruszyliśmy w trasę, nie martwiąc się o jazdę autem bez klimatyzacji w masakrycznych lipcowych upałach. Planowana trasa wyglądała zaprawdę imponująco-żadne biuro podróży nie oferuje takiej mnogości zabytków: Amsterdam,Versail pod Paryżem, Carcasonne, jaskinia Lascoue, Lourdes, Burgos, Salamanka, Lizbona, Fatima i okolice (Coimbra,Batalha,Evora,Tomar,Sintra), Madryt, Toledo, Segovia, Avila (full monumentalnych twierdz,w tym Escorial), Barcelona, Lazurowe Wybrzeże.Trasa 7500 km,500 km dziennie, cały czas w drodze bez wylegiwania się na plaży-samo intensywne zwiedzanie. Jak później się okazało, przytłoczył nas ogrom kilometrów do przebycia w upale w tak krótkim czasie. Codziennie mieliśmy jakieś perypetie i problemy. Poznaliśmy urok wbijających się kamieni w plecy, gdy pękł nam materac, potem połamał się maszt w namiocie, nie wspominając auta...

Image
Pierwszego dnia, po przejechaniu 900 km nasze 12-letnie przeciążone bi-em dabljiu odmówiło posłuszeństwa w Holandii. Pole namiotoweVengaboys (ok.10 eur z autem) przyjazne jak zawsze. Do zabytkowej części Amsteru przeprawialiśmy się bezpłatnie promem. Na campingu full młodzieży rodem z Woodstocku i wszechobecna mgiełka marihuany unosząca się w powietrzu.
Jak auto stanęło na dobre, załamałam się perspektywą spędzenia wakacji w Amsterdamie, tym bardziej, że widziałam tutaj już co nieco (Muzeum van Gogha, Rijks Museum dom Rembranta po 10 eur,). Przesiadywaliśmy w Coffe shopach przy Muzeum Madame Tissou (18 eur wstęp!!), głowiąc się co tu zrobić...Udaliśmy się na dworzec kolejowy, gdzie dowiedzieliśmy się, że przejazd francuskim superszybkim TGV(260 km/godz.) przez całą Francję z Brukseli do Marsylii kosztuje 150 euro. To przekraczało nasz budżet. Założyliśmy wspólną finansową pulę i z tego opłacaliśmy pociągi ,paliwo, opłaty za autostrady. Miało to nam starczyć wg wyliczeń na powrót do domu, a nie starczyło nawet do dojazd do Barcelony...
Ilekroć jestem w Amsterze zadziwiają mnie parkingi dla trylionów rowerów. Wkroczenie na zakazaną ścieżkę rowerową groziło śmiercią pod kołami rozpędzonego bicyklisty. Inną ciekawą rzeczą jest, że każdy ,od zbieracza śmieci po mechanika samochodowego zna świetnie angielski.
Wieczorami przechadzaliśmy się mieście pociętym siecią kanałów, na których nabawiają turyści na łódeczkach, popijając winko. Panie w skąpych wdziankach w czerwonych witrynach Red Zone zapraszały do wejścia .
Prawie każdego dnia musieliśmy planować, co będzie dalej. Nie wiedzieliśmy ,co przyniesie nowy dzień. Naprawa sprzęgła bagatela 800 euro miała potrwać tydzień, na co nie mogliśmy sobie pozwolić.
Odstawiliśmy autko do Mechelen (piękna starówka z katedrą) pod Brukselą do znajomych na 10 dni. Ruszyliśmy stamtąd Fiatem Pandą w 4-osoby z minimalną ilością bagaży, a 2 chłopaków pojechało pociągiem. Po 15-godz.jazdy przez całą Francję (TGV zrobiło to w 4,5 godz.!) spotkaliśmy się na campingu w Cassis-50km od Marsylii w stronę Włoch. Nie pokusiliśmy się na zwiedzanie Marsylii, ponoć jest tam bardzo niebezpiecznie z racji mnogości imigrantów z północnej Afryki. Prażyliśmy się na parzącej żwirowej plaży, popijając lokalne piwko. Ja całymi godzinami snoorkowałam, żadnych raf, ośmiorniczek tylko trochę kolorowych rybek i przepastne głębie. Wieczorkiem grillowaliśmy przy dobrym francuskim winie za 2 eur. ,ale nie długo, bo ograbiono nas z resztek węgla.
Atrakcją okolicy są Calanki - malownicze zatoczki wcinające się w białe wapienne góry. Można było dostać się do każdej z zatoczek (jest ich 8) jachtem za 15 euro bez możliwości zejścia na ląd i kąpieli. My ze względów oszczędnościowych oraz z zamiłowania do wedrówek po górach poszliśmy piechotą. Było chyba ze 40 stopni .Doszliśmy tylko do 2 zatoczki, gdzie ponurkowaliśmy, skonsumowaliśmy wyśmienitą konserwę tyrolską. Widoki przecudne!!! Lazurowa woda z przebijającymi łatkami białego piaseczku na dnie i zacumowane dryfujące łódeczki...Francuzi (kiepsko mówiący po angielsku)ostrzegali nas przed strażą leśną i karami za palenie papierosów w czasie suszy. Mało brakowało...Po drodze spotkaliśmy gejów, którzy nie mieli pojęcia, gdzie leży Polska...
To prawda, że okolice Marsylii mają jedne z najpiękniejszych plaż na południu Europy (Chorwacja wypada trochę blado).
Jednak po paru dniach zaczęliśmy się nudzić, mimo urzekających widoczków. Kasa z puli okazała się niewystarczająca na dojazd do Barcelony (500 km autostradą), więc nasi mężowie musieli jechać stopem!! Z nerwów obgryzałam paznokcie, dałam nóż do samoobrony na drogę, zupełnie niepotrzebnie. Podczas gdy my smażyliśmy się w aucie załadowanym tobołami do sufitu ("na Polaka"), im marzły stopy w klimatyzowanych mercedesach.
Nie mogliśmy sobie pozwolić na jazdę bocznymi drogami, bowiem musieliśmy się zsynchronizować i być na wieczór na miejscu. Buliliśmy więc bajońskie sumy za autostrady.
Popłakałam się ze śmiechu, gdy byliśmy zmuszeni jechać autostradą w 6 osób Pandą załadowaną bagażami ,a obok pożar(trzeba było wyrzucić chłopaków na inną drogę).
Minęliśmy Montpellier, Perpignan i spotkaliśmy się po całym dniu jazdy w Mataro-20 km od Barcelony. Uderzyła nas strasznie duża wilgotność. Super pole namiotowe "Playa del Sol "za ok.10eur,bar, sklep, mini zoo, basen w widokiem na morze i transport busem do Barcelony za 7 eur w obie strony. Rewelacja. Pole całe zapchane zwłaszcza ciemnoskórymi raperami z Francji, bo dla nich wakacje są tu dużo tańsze.
Codziennie dojeżdżaliśmy do stolicy Katalonii podmiejską koleją za 3 euro (-30 min-klimatyzowane, prawie sterylne wagony).Jazda autem nie miała sensu ze względu na koszmarne korki i brak miejsc do parkowania. Na głównej ulicy falował kolorowy dywan turystów. Po mieście przemieszczaliśmy się metrem (6 euro-10 przejazdów).Piechotą z Placu Katalońskiego ruszyliśmy w stronę Sagrada Familia. Po drodze mijaliśmy budynki autorstwa Antonio Gaudiego,których ściany falowały jak żywe a nieregularne dachy przypominają grzyby bądź łuskę węża. Bardzo charakterystyczne, figlarne i abstrakcyjne kształty niczym ze snu. Pod Sagradą Familią (Kościół Świętej Rodziny)-przeraziły nas tłumy turystów chcących wejść do środka. Jest to jeden wielki plac budowy-prace mają się skończyć w 2026 r.,w 100-ną rocznicę śmierci Gaudiego. Ostatecznie ma być 18 wież,12-symbolizujących apostołów,4 ewangelistów,1 -Matkę Boską i górująca -Chrystusa Zbawiciela. Neogotycka, modernistyczna część wzniesiona przez Gaudiego gryzie się z kanciastą bryłą współczesnych kontynuatorów. Tak czy owak całość jest imponująca z symbolicznymi,misternymi fasadami.
Dalej pojechaliśmy metrem do parku Güel z domem Gaudiego (museum), ceramicznym tarasem opartym na 100 kolumnach,otoczonym falistą balustradą i słynną mozaikową Salamandrą.
Na koniec dnia udaliśmy się do gotyckiej dzielnicy-Barri Gothic.Piękna katedra, średniowieczny kościół żeglarzy i kupców-Santa Maria del Mar( Matki Boskiej od Morza)-niegdyś symbol hegemonii katalońskiej na Morzu Śródziemnym.Na koniec rarytas - Museum Pablo Picasso (6 eur, o wiele lepsze niż to w Paryżu)-rewelacja. Na 22.00 jechaliśmy w pośpiechu na słynne Tańczące fontanny.
Następnego dnia zwiedzanie stadionu Camp Nou - siedziby klubu FC Barcelona ,na 120 000 kibola (wstęp 15 eur,dojazd metrem). Prawdziwe przeżycie dla prawdziwego fana footbollu.
Przebiegliśmy się Ramblą przy porcie z pomnikiem Kolumba, żeby zdążyć jeszcze do Oceanarium (15 eur)-rekiny,pingwiny i żyjątka morskie z całego globu.
Z ciężkim sercem opuszczaliśmy miasto Gaudiego. Ale czekało na nas uwiecznienie wszystkich wysiłków- Museum Salvadora Daliego w Figures.(10 eur).Jest to mój Idol od niepamiętnych czasów. Fotografowałam jego surrealistyczne dzieła bez opamiętania.( "Trwałość pamięci"," Widmo sexapilu").
Znowu została nam do przejechania cała Francja. Nie było już tak łatwo, jak w 1 stronę-1 bilet na intercity.Okazało się, jest zmiana turnusu/przełom m-ca i wszystkie tickety są wysprzedane, został droższy pociąg, gdzie trzeba parokrotnie się przesiadać. Odebraliśmy be-em-kę, przespaliśmy się na placu w samochodach w Belgii , oczywiście ponownie nawiedziła nas policja i poinformowała, że tu nie wolno "obozować".
W Hiszpanii jest chyba jeszcze większa tragedia ze znajomością angielskiego, niż we Francji. Parokrotnie próbowali nas oszwabić, to nie dając szynki do tortilli lub dając inną kawę niż się zamawiało.Generalnie udawali Greka. Złożenie zamówienia było wyczerpujące (zamiast lodów przynieśli ketchup),nawet przyszło mi zamawiać małże po hiszpańsku.
Parę razy mieliśmy problem z tankowaniem gazu w Belgii (brak końcowek).Ceny paliwa i gazu w Holandii były nieznacznie wyższe. Jednak jedzenie we Francji i Holandii było 2,3-krotnie wyższe niż u nas,nieznacznie taniej było w Hiszpani. Opłat za autostrady też niedokalulowaliśmy (ok.100km-10 eur).
Generalnie dużo stresów ale masa niezapomnianych przygód.
Tak więc nasza szkoła przetrwania zakończyła się pomyślnie, wróciliśmy w 1 kawałku do naszej kochanej Polski-strefy niskich cen. Polecam wszystkim taką jazdę w nieznane.
A Lizbona i reszta Iberii-co się odwlecze, to nie uciecze!
Ostatnia aktualizacja ( piątek, 08 grudzień 2006 )
< Poprzedni   Następny >