Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Europa arrow Inne kraje Europy arrow Scotland Castle Tour 2009
Scotland Castle Tour 2009 PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 5
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Anna Kitowska   
wtorek, 13 październik 2009
Spis stron
Scotland Castle Tour 2009
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6

Interesująca relacja w formie pamiętnika opisująca codzienne zmagania z naturą oraz ciekawe historyjki podczas wyprawy rowerowej po Szkocji.

31 lipca (piątek)

„A droga długa jest, niewiadomo gdzie ma kres”. Słowa piosenki zespołu Akurat bardzo pasują do naszej podróży do Szkocji. Scotland Castle Tour to moja pierwsza tak długa wyprawa rowerowa. Początkowo były to tylko kilkudniowe wypady za miasto. To, co przeżyłam w sierpniu na długo zostanie w mojej pamięci. Wyruszyliśmy 31 lipca około godzimy 10:00 z Czerska. Do Paryża jechaliśmy przez Niemcy autostradą, z którą nieodłącznie kojarzyć mi się będzie napis AUSFAHRT, pojawiający się co jakiś czas przed moimi oczami i oznaczający zjazd. Belgia i Francja były już bardziej ciekawe, niż niemieckie tereny. Zjechaliśmy z autostrady i do samego Paryża dotarliśmy mniej uczęszczanymi, czasami wręcz prowadzącymi przez malownicze wsie drogami. To pozwoliło nam podziwiać piękne tereny tych państw. W drodze bardzo pomógł nam GPS, ponieważ nawigowanie przy tak dużej ilości skrzyżowań, nie należy do prostych. To dzięki niemu, po ok 26 godzinach jazdy, przerywanych kilkoma postojami, żeby nie zamęczyć naszego jedynego kierowcy, dotarliśmy do Paryża.

1 sierpnia (sobota)

 

Przedmieścia Paryża zaczynały się już ok. 20 km od centrum. Na jednym z podmiejskich parkingów zostawiliśmy samochód i przesiedliśmy się na nasze rowery, by móc zwiedzić stolicę Francji. To, co od razu przykuło mój wzrok to wielokulturowość i różnobarwność strojów. Kolorowe, afrykańskie ubrania przepięknie wyglądały na ich właścicielach. W dotarciu do centrum pomogły nam mapy powieszone na przystankach autobusowych. Co ciekawe, nie tylko my, jako sposób na zwiedzanie Paryża wybraliśmy rowery. Było tam wiele miejsc, w których można wypożyczyć specjalne bicykle i poruszać się po ścieżkach rowerowych. Turyści chętnie z nich korzystali.

    Tego dnia zwiedziliśmy Katedrę Notre Dame, robiliśmy kółeczka wokół piramidy Luwru jak również przedzieraliśmy się przez tłumy turystów na Polach Elizejskich. Gdy zapadł zmrok, Paryż rozświetlił się milionami lampek, które tworzyły niesamowitą atmosferę.  Około północy znaleźliśmy się u podnóża oświetlonej Wieży Eiffla, stalowego kolosa, który tak licznie odwiedzany jest przez turystów całego świata. Nocleg mieliśmy niezapomniany, bo spaliśmy dosłownie pod jedną z jej czterech „nóg”. Niestety muszę przyznać, że z tej perspektywy stalowy kolos nie robi takiego wrażenia. Mieliśmy pecha, ponieważ w nocy zaczęło padać, a żelazna konstrukcja nie dawała w pełni schronienia przed deszczem. Chyba pogoda chciała nas przyzwyczaić do szkockiej aury. Po spięciu rowerów wskoczyliśmy w podarowane przez firmę Loap śpiwory, licząc że nas z stamtąd ochroniarze nie wygonią. Widać stróże prawa lubią turystów i do godz. 7:00 żadna pobudka z ich strony na nas nie czekała. Napływowi handlarze byli jednak innego zdania toteż o 5:00 nad ranem jeden z nich zafundował nam pobudkę chcąc sprzedać miniaturkę wieży Eiffla. Na szczęście była to jedyna, nie licząc deszczu, nocna niespodzianka Paryża.


2 sierpnia (niedziela)

 

 Rankiem udaliśmy się na mszę do Katedry Notre Dame, znanej nie tylko z powieści o Dzwonniku. Jest to przede wszystkim największa, tak dobrze zachowana, gotycka budowla średniowiecznego duchowieństwa. Wybudowanie jej trwało prawie 170 lat. Powstała ona w okresie wypraw krzyżowych i od tego momentu królowała wśród francuskich kościołów. Przetrwała nawet rewolucję francuską, podczas której od zniszczenia uratował ją paryski mieszczanin, który puścił plotkę, że jej zburzenie może naruszyć okoliczne budynki. Msza odbyła się z rozmachem godnym historii tej świątyni, niestety żadne z nas nie zna francuskiego, więc niewiele zrozumieliśmy. Kolejnym miejscem, które odwiedziliśmy było Sacre Coeur. Musieliśmy się do niego wspinać pod dość wysokie wzniesienie, jednak widoki na całą stolicę rekompensowały trud wspinaczki. Dookoła świątyni trwało coś na wzór festynu – stragany z pamiątkami, muzyka, śpiew. Ponownie mieliśmy okazję pośmiać się z nielegalnych handlarzy uciekających przed Radkiem. Naprawdę napis na jego koszulce działał cuda. Gdyby więcej osób chodziło w koszulce „FBI”, miasto zarobiłoby dużo więcej na handlu aniżeli obecnie. Mieliśmy okazję zapoznania się ze sposobem szybkiego przemieszczania się nielegalnych handlarzy z ich towarem. Pamiątki, które sprzedawali położone były na kocu, który powiązany był na rogach sznurkami. Każdy z rogów koca połączony był z przeciwległym tak by w razie niebezpieczeństwa (Policji) móc szybko zwinąć „stragan” i uciec ze wszystkim.

 Po zjedzeniu obiadu, wpatrzeni w przepiękne widoki na panoramę Paryża, zaczęliśmy kierować się w stronę pozostawionego na parkingu samochodu, co było nie lada wyzwaniem ze względu na odległość i plątaninę ulic. Gdy w końcu go odnaleźliśmy, zapakowani ponownie do samochodu ruszyliśmy w dalszą trasę do Szkocji. Kierowaliśmy się do Dunkierki, skąd promem przeprawiliśmy się na Wyspy.


3 sierpnia (poniedziałek)

 

Gdy byliśmy już na stałym lądzie musieliśmy przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego, z czym Szymon świetnie sobie poradził. Niestety zjeżdżając z promu nie udało się uniknąć przytarcia podwozia. Początkowo wydawało się, że nic się nie stało. Wizyta na stacji benzynowej rozwiała niestety nasze założenia. Urwaliśmy zaczep od bagażnika rowerowego mocowanego na hak holowniczy. Całe szczęście, że rowery się utrzymały. Ponad godzinę zajęło Szymonowi kombinowanie, z czego i jak zrobić zabezpieczenie, które miało nam wystarczyć na ponad 4 tysiące kilometrów jazdy samochodem. Udało się to na szczęście niskim kosztem za pomocą metalowych opasek zaciskowych oraz drutu. Gotowi do dalszej podróży wyjechaliśmy o 3:00 w nocy z Dover. Szkocja zaraz na dzień dobry przywitała nas lekkim deszczem. Widoki, które mogliśmy podziwiać z samochodu już wtedy mówiły nam, że to będzie niezapomniana wyprawa. I tak właśnie było!

Zabawne (z perspektywy czasu) wydają mi się ostatnie metry dojazdu do Inverness. Mieliśmy dużo szczęścia, że wcześniej zatankowaliśmy do pełna bak, bo jak się później okazało przez blisko 200 km nie natrafiliśmy żadnej stacji paliw! Do Inverness wjechaliśmy na oparach, a do najbliższej stacji zjechaliśmy na luzie, bo szczęśliwie mieściła się ona u podnóża górki.

W Inverness zatrzymaliśmy się u Gosi i Grahama, znajomych Szymona, przez których zostaliśmy ugoszczeni po królewsku! Dziękujemy!

 

4 sierpnia (wtorek)  

Trasa: Inverness – Lochslin. Pokonana odległość: 106 km

 

Nareszcie wyspani! Przyszedł czas by ponownie wsiąść na rower, ale tym razem na troszkę dłużej. Sporo czasu zajęło nam przepakowywanie, montowanie sakw do rowerów, oraz zaparkowanie samochodu gdzieś na drugim końcu miasta. Północna pętla rozpoczęta.

Tego dnia Szkocja przywitała nas przepięknym słońcem i świetną pogodą. Krajobrazy, jakie mieliśmy możliwość obejrzeć zaparły nam dech w piersiach. Na żadnej z dotychczasowych wypraw nie zetknęłam się z tak pięknymi widokami!  Mimo późnej pory wyjazdu przejechaliśmy sporo kilometrów, bo aż 106. Nocleg znaleźliśmy na polu niedaleko pewnego gospodarstwa. Rozbijając namioty podczas zachodzącego słońca mogliśmy podziwiać przepiękną podwójną tęczę rozpościerającą się na horyzoncie. Gdy już myślałam, że nie może być lepszego zakończenia dnia, szkocki gospodarz wprowadził mnie w osłupienie. Postanowił wyjść sobie na powietrze i pograć na dudach (nie mylić z kobzą). Wiedząc, że jest to niezmiernie rzadki obrazek nie posiadałam się ze szczęścia, iż właśnie nam się taki piękny koniec dnia przytrafił. Teraz dopiero poczuliśmy te szkockie klimaty.


 

5 sierpnia (środa)

Trasa: Lochslin – Mid Clyth. Pokonana odległość: 116 km

 

Pobudka o 6 rano. Nasza koleżanka Agata świetnie sprawdziła się w roli budzika. Ta jakże niewdzięczna rola przypadła jej aż do końca wyprawy.

To był dopiero drugi dzień podróży, a ja miałam już potworny kryzys. Bolało mnie absolutnie wszystko, począwszy od butów, aż po czubek nosa. Jechało mi się znacznie ciężej, gdyż płaski teren przemienił się w kilkunastoprocentowe podjazdy, a piekące słońce również nas nie oszczędzało. Wtedy właśnie targały mną wątpliwości. „Co ja sobie myślałam wybierając się w taką podróż? Rozumiem, że cel był szczytny, ale nie wiem czy podołam.” Reszta ekipy nie dawała tego po sobie poznać, ale podskórnie czuli, że gdyby nie wyższy cel, zwiedzić Szkocję, to wróciliby do Inverness.

Całe szczęście, że istnieje coś takiego jak „efekt górki”- tam gdzie jest podjazd, za chwilę będzie i zjazd. Te krótkie momenty sprawiały, że jazda stawała się przyjemniejsza, gdyż niesamowitą frajdą było zjeżdżać z dużej wysokości z zawrotną prędkością, czując tylko wiatr we włosach i świst w uszach. Szymon pobił nawet swój życiowy rekord prędkości. Pamiętam „banana” na jego twarzy zaraz po zjeździe z długiej na milę górki. Szybko go jednak przełknął, gdy okazało się, że czeka go równie stromy i prawie tak samo wysoki podjazd, z jakim przyszło nam się zmierzyć zaraz po zjeździe. Później miał cały czas nadzieję, że uda mu się ponownie pobić dotychczasowy rekord.

 Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża Morza Północnego szukaliśmy miejsca, gdzie moglibyśmy przyrządzić obiad. Doszliśmy do wniosku, że zielona trawka na środku ronda to idealne miejsce i do tego z widokiem na morze. Wielu mijającym nas podróżnym chyba nasz pomysł się spodobał i zaczęli do nas machać i robić zdjęcia.  Jednak głód zwyciężył i nie zwracaliśmy na nich uwagi, tylko zajadaliśmy się przysmakami przywiezionymi jeszcze z Polski.

Po drodze mijaliśmy ruiny średniowiecznych zamków i zatrzymaliśmy się w Katedrze Dornach, w której to zauważyliśmy ciekawie wyglądającą mapę świata. Było do niej poprzyczepianych mnóstwo małych chorągiewek. Zorientowaliśmy się, że odwiedzający to miejsce turyści w ten sposób zaznaczają miejsca z których przybyli. My również pozostawiliśmy po sobie pamiątkę i przypięliśmy flagę w miejscu północnej Polski.

Ostateczny odpoczynek mieliśmy z widokiem na morze. Nie udało mi się niestety doczekać zachodu słońca, ponieważ zmęczona zasnęłam w namiocie.



Ostatnia aktualizacja ( środa, 14 październik 2009 )
Następny >