Są na świecie różne wyspy i każdy z nas ma w głowie obrazek tej swojej. Nawet wtedy, gdy w rozmowie używamy słowa „wyspa” w kontekście urlopowo – geograficznym, mamy przed oczami jakąś jedną konkretną. Do niedawna miałam w głowie taką klasyczną: owalną, otoczoną szmaragdem morza, większa część intensywnie zielona, pośrodku pagórkowata, no i oczywiście całe wybrzeże to pas pięknej, piaszczystej biało – żółtej plaży. Morze wokół jest spokojne i bardzo czyste. Widać ryby, niezbyt duże, ale jednak. Woda jest ciepła, chociaż nie mam pojęcia skąd to wiem. Pewnie decyduje o tym jakieś wewnętrzne głębokie przekonanie. Jednym słowem spokój, ciepełko, pełny relaks…
Ale pewnego dnia zobaczyłam maleńką PIĘKNĄ WYSPĘ. Dosłownie i w przenośni. Dosłownie, bo tak się właśnie nazywa „Isola Bella”, a w przenośni bo jest naprawdę bajkowo piękna i całkiem inna od tej wirtualnej, klasycznej. Przede wszystkim tak naprawdę to wcale nie jest wyspa. Oczywiście kiedyś nią była, ale miejscowa ludność tak bardzo i tak często chciała się na to cudo dostawać, iż w tym celu dorzuciła trochę piachu na wybrzeżu i w ten sposób utworzono niewielki przesmyk łączący ją z lądem. Na szczęście dużo tego nie było, bo wyspa leżała bliziutko brzegu. I tak powstała już jakby nowa wyspa nie wyspa dla leniuchów, utworzona trochę przez naturę, a trochę przez człowieka. Z wirtualnego wzorca został jedynie szmaragdowy kolor Morza Tyreńskiego, złocista plaża (jak to zwykle na wyspach), cieplutka, niezwykle czysta woda oraz pagórkowaty środek. Reszta jest zupełnie inna. Po pierwsze wcale nie ma zielonej części centralnej. Położony pośrodku pagórek, a właściwie mała skalista górka jest pokryta jasno – żółtym piaskiem, a zieleni, zwłaszcza od strony lądu jest tu jak na lekarstwo. Jedynie jakieś karłowate krzaczki. Część nieco wyższa i bardziej widoczna od strony morza jest ładnie zazieleniona, ale tylko tyle ile było potrzeba dla zachowania barwnych proporcji obrazu i „złamania” dominującego koloru piaskowego. Jest tu nawet trochę cyprysów, co „podnosi” optycznie część opadającą zbyt stromo w dół. Ponieważ wyspa jest bajkowa, to na jej szczycie stoi sobie domek dla lalek, no może nie domek, a pałacyk. Prześliczny, taki o jakim marzą małe, a potem trochę większe dziewczynki (te ostatnie w celach nieco innych niż zabawa lalkami). Pałacyk ma pięterko, wieżyczkę pośrodku, arkady, jest z każdej strony symetrycznie równiutki. Jednym słowem klasyka domku dla lalek. Dodatkowo, ponieważ każdy szanujący się książę starający się o rękę królewny (wyglądającej przypuszczalnie z okna wieżyczki) powinien mieć do pałacu na wyspie odpowiednio trudny dostęp, droga na szczyt jest kręta, a schody wykute w skale strome i nierówne. Całość – super bajka! Aby to zobaczyć, należy udać się na kalabryjską, południową część włoskiego buta i zawitać do przepięknej średniowiecznej Tropei. I to wszystko. Wrażenie niezapomniane, a i zmiana utartego wizerunku wyspy marzeń – gwarantowana. Alicja Barwicka |