Koniec lata to bardzo dobra pora na odwiedzenie bagien. Po niedawnych upałach nie ma już śladu, za to jesień w szybkim tempie Są już bociany i całe chmary ptaków zakładających tu swoje gniazda, nad wodą unosi się więc wesoły ptasi gwar. I tylko o tej porze można zobaczyć rozlewiska w pełnej krasie. Latem zamienią się w większości w zielone łąki, a sama Biebrza wróci grzecznie do swego koryta...maluje łąki na żółto i zielono. A więc któregoś kwietniowego dnia wyruszyliśmy z bratem z Mikołajek przez Ruciane i Pisz. Gdzieś po drodze zgubiliśmy Mazury i prawie niezauważalnie wkroczyliśmy na Podlasie. Różnica wyczuwalna, zwłaszcza w architekturze mijanych wsi i miasteczek. Sporo drewnianej zabudowy. Coraz częściej spotykaliśmy też gospodarstwa, do których budowy zamiast cegieł posłużyły polne kamienie.
 Zatrzymujemy się na chwilę w Wąsoczu. Uderza senny klimat tego miasteczka. Czasem jakiś kot przebiegnie drogę. Dalej mijamy Radziłów i gdzieś w okolicy wsi o egzotycznej nazwie Łoje-Awissa, ukazuje się nam w oddali tafla rozlewisk połyskująca w słońcu. Docieramy do wsi Brzostowo. Tu będziemy nocowali. Jest tu niewielka wieża widokowa, z której można obserwować ptasi spektakl. Kręcimy się trochę po okolicy. Kilka kilometrów dalej na południe, tuż za miejscowością Burzyn, odnajdujemy wspaniały punkt widokowy. Jest to chyba najwyższa skarpa w okolicy i najlepszy widok na całe rozlewiska basenu południowego. Stoimy oniemiali. Po chwili bierzemy aparaty do rąk i „strzelamy”. Pogoda zmienia się co chwilę, wieje silny wiatr, więc stalowe niebo pęka co rusz, by wpuścić promienie słońca i rzucić popołudniowe światło na rozlewiska. Istna feeria zmieniających się odcieni.
W stolicy Podlasia
Tego dnia udajemy się jeszcze do Tykocina, obiecując sobie powrót na zachód słońca. Objeżdżamy bagna od południa i wzdłuż Narwi docieramy do miasteczka, któremu słusznie należy się miano stolicy Podlasia. Tykocin leży z dala od głównych dróg. Czas biegnie tu dużo wolniej. Nie raz miałem wrażenie, że w ogóle stanął w miejscu. Pełno tu zabytków, sennych uliczek i klimatycznych miejsc. Zwiedzamy barokową synagogę z XVII wieku. Wspaniałe wnętrze urzeknie każdego, kto tu zajdzie. Jest małe muzeum, a w nim wiele pamiątek i przedwojennych fotografii oraz makieta dawnego Tykocina. Po tej uczcie dla ducha wychodzimy na miasto. Wałęsamy się po brukowanych uliczkach. Docieramy do rynku (nieproporcjonalnie wielki do reszty), przy którym bieli się sporych rozmiarów kościół Świętej Trójcy zbudowany w połowie XVIII wieku. Naprzeciw stoi pomnik hetmana Stefana Czarnieckiego (rzeźba z lat 1761–1763). Jest to podobno po warszawskiej Kolumnie Zygmunta najstarszy świecki pomnik w Polsce. Opuszczamy Tykocin przez most na Narwi. Kilkaset metrów dalej mijamy odbudowany przez prywatnego właściciela zamek Zygmunta Augusta, kiedyś jedna z najpotężniejszych nizinnych twierdz w Polsce. W 1705 roku król August II Mocny ustanowił tu Order Orła Białego. Wracamy północnym brzegiem Narwi przez zagubione w czasie osady, drogami ostatniej kategorii. Zdążyć na zachód słońca! Znowu mamy szczęście. Szare niebo na kilka chwil ustępuje, oświetlając bagna promieniami zachodzącego słońca. Wstajemy przed piątą i udajemy się do Burzyna raz jeszcze. O dziwo, na naszym miejscu są już dwa samochody. Rozstawiono statywy i teleobiektywy pokaźnych rozmiarów. Wszyscy czekają w napięciu. Po chwili słońce wynurza się zza horyzontu. Szkoda tylko, że nie ma mgieł. Jest za to bardzo zimno i porywisty wiatr. W oddali, pod lasem, widzimy łosie! Przez lornetkę widać wyraźnie, jak kopytami rozbryzgują wodę.
Zimno wygania nas do samochodu i na śniadanie. Około szóstej rano po okolicznych wsiach krążą dwa samochody-sklepy, w których można kupić dosłownie wszystko. Korzystamy z tej niebanalnej „sieci” tamtejszych marketów na kółkach. Po śniadaniu udajemy się w drogę powrotną tak zwaną Carską Drogą, przez sam środek rozlewisk. Mijamy drewniane kładki wybiegające daleko w głąb torfowisk, gdzie wczesnym rankiem można spotkać łosia oko w oko. Żyje ich tu około siedmiuset. Kilka kilometrów dalej mamy szczęście zobaczyć jednego w bagiennym lesie tuż obok szosy. Na chwilę zatrzymujemy się jeszcze w Osowcu, by obejrzeć ruiny XIX-wiecznej twierdzy zbudowanej przez Rosjan i nigdy niezdobytej. Na początku września 1914 roku niemieckie wojska usiłowały zdobyć twierdzę, używając wielkiej liczby dział, łącznie z tak zwanymi Grubymi Bertami, do których każdy pocisk ważył prawie tonę. Twierdza jednak się ostała.. Ale to historia na osobną opowieść... Już kilka dni po powrocie zaczęła kiełkować we mnie myśl: kiedy znowu?! Natrętnie powracały świeżo widziane obrazy. A gdyby tak jesienią wrócić na te bagna?
Wygląda na to, że dołączyłem do „biebrzniętych”...
|