| Elbrus - długa historia włażenia. |
|
|
|
| Nadesłał narcyz dudek | |
| sobota, 12 wrzesień 2009 | |
![]() Elbrus - ciągle mieliśmy go przed oczami. ![]() Wierzchołek uwieczniony przez Ulę. Pominę cudowne poranki, w czasie których namioty, jak wafle sztywno szeleściły skute szronem, pominę dziesiątki kilometrów i godzin przełażonych po Kaukaskich bezdrożach. Pominę także smak suszonej baraniny sprezentowanej nam przez pasterzy, czy wrażenia wywołane przez potężne orły i sokoły krążące nad naszymi głowami. W końcu najważniejszy był on – Elbrus. 26 VIII, po dotarciu do Prijuta 11, pogoda i widoczność tak szczodrze napawały optymizmem, że już natychmiast chciałem biec na szczyt. Wydawał się być w zasięgu ręki. I coś mi mówiło, że nie ma takiej siły, która mnie powstrzyma przed jego zdobyciem. Szansę daliśmy sobie pierwszej nocy. Ekscytacja i niecierpliwość z trudem pozwalały zasnąć i doczekać owej magicznej 3 godziny, o której mieliśmy wyruszyć. Kiedy już wydawało się, że zasnąłem, złowróżbne wycie wiatru i trzeszczenie ścian prijuta zaczęły rodzić niepokój. Mimo to zgodnie z planem ruszyliśmy. Z początku raźnie. Potem nieco ostrożniej, bo wiatr zaczął się tęgo upierać by nas zatrzymać. Dysząc i sapiąc zbliżaliśmy się do Skał Pastuchowa. Najpierw co 30, potem co 20, a pod koniec już chyba co dziesięć kroków postój i oddech, albo 10 oddechów. Boże jak zimno! Stromizna sprawiała, że ruszając się zagrzewaliśmy, ale gdy tylko stawaliśmy wilgotna od potu bielizna i chyba już huraganowy wiatr szybko zaczynały grzechotać moją szczęką. Porywy wiatru zaczęły wytrącać Asię idącą przede mną z równowagi, kilka razy ratowała się przed upadkiem. Oj wyglądało to źle. Światełka pierwszego zespołu, także przystawały co chwila, a gdy zatrzymały się na dobre usłyszeliśmy w gęstwinie wyjącego wiatru pokrzykiwania „Polska, Polska, Polska…”. Po dotarciu do nich na wysokości Skał Pastuchowa, kubek gorącego kisielu rozgrzał nieco przełyk, ale ręka która go trzymała i głowa z ramionami przygniatane lodowatym wiatrem zdawały się być już zupełnie na mnie obrażone i bezczelnie wystąpiły przeciwko woli umysłu konsekwentnie planującego następne kroki, objawiało się to natręctwem myślowymi i brakiem koordynacji ruchowej kończyn. W grupie pojawiły się głosy niepewności i obaw, a nawet wprost stawiane propozycje odwrotu. Ponieważ dłuższa debata na ten temat mogła mnie zabić, natychmiast po dotarciu do nas zamarzniętego Wojtka zdecydowanie i bezpardonowo narzuciłem wszystkim odwrót. Wkurzony trochę na pogodę, trochę na siebie schodziłem obiecując sobie powetowanie porażki następnej nocy. Powtarzałem sobie, że przecież wystarczy przeżyć 4-5 godzin piekła i potem już będzie dobrze, wzejdzie słońce i zrobi się ciepło, przecież tyle muszę wytrzymać. Jednak sumienie nie luzowało uścisku szczęki na mojej dumie. W końcu w zamarzniętym rozumku zagrzechotała myśl, że przecież mamy czas, mamy siły, a zatem nie ma co ryzykować niepotrzebnie. Ufffffffff, jak dobrze że odkryłem tę sentencję, to pozwoliło mi rozpocząć ponowne psychiczne i fizyczne przygotowanie się do ataku. Na początek sen w gorącym śpiworze. Po przebudzeniu już nie było buńczucznych zapowiedzi, nie było uśmiechów i dowcipów. Wszystko to ustąpiło miejsca koncentracji i zazdrości. Zazdrość zafundowali nam Amerykanie, którzy ok. 16 wrócili ze zdobytego szczytu. Sympatyczni, ale skoro jeden z nich miał 59 lat i wszedł, a my zawróciliśmy to… Nie, takie myśli odpychałem na krawędź mojej świadomości i w ogóle nie chciałem się im przyglądać. Entuzjazm Amerykanów wykorzystaliśmy pozbawiając ich łapawic, kominiarki oraz wora jedzenia z batonami, lekarstwami i suplementami, których nie wiedzieć czemu, nie zużyli. Przekazali nam to wszystko z życzliwym „GOOD LUCK”. Gdy języki się rozwiązały, przyznali się, że za 1000$ wynajęli ratrak, a ten podwiózł ich „kawałeczek” - daleko ponad Skały Pastuchowa – PROFANI!!! Dzień minął, na zabijaniu czasu przy jedzeniu i spaniu. Ok. 1 w nocy wstałem przed wszystkimi. Zamarłem nasłuchując by ustalić siłę wiatru. Nic. Wybiegłem przed schron. Niebo rozgwieżdżone do granic możliwości niemal oślepiało swym nocnym blaskiem. Ani śladu chmur. Wiatr nieodczuwalny, a temp. Nie niższa niż - 2 st. C. Zacząłem w duchu Bogu dziękować za roztropność poprzedniej nocy. W tych warunkach powinno się wszystko udać bez kłopotu. Bojąc się zapeszenia, spytałem Wojtka czy widział pogodę na zewnątrz. Kiwnął głową. Miałem wrażenie, że podobnie jak mnie rozsadza go niewykrzyczana radość z tak cudownego prezentu niebios, ale podobnie jak i mnie hamuje go przed jej ujawnieniem obawa o zapeszenie. Z radością wypieprzyłem z plecaka polarową bluzę i puchową kurtkę, którym miejsca musiał ustąpić aparat. W taką pogodę szkoda je dźwigać. Raki, dopięte, kijki w garści, na grzbiecie tylko bielizna i softshell., qrcze światełka naszej grupy migoczą już daleko, ale się guzdrzę. Wreszcie idę. Więc to tak wygląda sen, ta chwila którą wyobrażałem sobie chyba z tysiąc razy, właśnie się dzieje? Dochodzę do grupy. Na czele Grześ, tempo idealne. Gdzieś w okolicach Pastuchowa zaczyna wiać, qrde skąd ten wiatr? Zniknęły gwiazdy. Zimno! Qrde, zimno jak cholera! Zakładam kurtkę. Poganiam Grzesia, że tempo jakie dotąd było super. Jest równowaga między ciepłem z mięśni, a tym co zdmuchuje ze mnie wiatr. Idziemy równiuteńko. Zaczyna się stromizna. Zygzakujemy. Grześ narzuca 20 kroków i zakos w druga stronę poprzedzony 2 oddechami. Oglądam się. - Grześ rany, zgubiliśmy wszystkich! Czekamy? - Dobrze jest. Grześ przystaje rozgląda się, w dole migoczą lampki czołówek. Grzesiek inicjuje znowu „Polska! Polska! …” Ale światełka jak szły tak idą i nie odkrzykują. Grześ wznieca jeszcze kilka okrzyków „ Drużyna – potem razem – Hurra!” i ruszamy. Idziemy szybko jak na wyścigu. Mijamy co chwilę jakichś Rosjan to znów Niemców, czy Hiszpanów. Zaczynam się obawiać czy sami nie zbłądzimy. Łatwo było kierować się na światełka czołówek przed nami, ale wszystkie zostały w dole. Pytam, czy widać tyczki (Grześ cały czas prowadził), tak widać świetnie zapewnił. Chwilę później zmieniamy się. Grześ przystaje aby pić, coraz częściej. Obiecuję mu kisiel z mojego termosu, zaraz jak tylko osiągniemy „przełączkę” pomiędzy wierzchołkami. Z narady przed atakiem wynikało, ze tam na „przełączce”, powinno być spokojnie i skończy się to forsowne podejście. Opijemy się tam i ubierzemy w resztę tego co w plecaku, bo już zimno nie dawało się oszukać nawet szybkim marszem pod stromiznę. Jezu, jak wieje. Pojawia się śnieg, siecze twarz, topnieje na niej, by za chwile zamienić się w niemiłosiernie piekący marznący okład. Wciskam głowę w kołnierz. Próbuję założyć na kask kaptur, może to trochę osłabi ten wściekły mróz. Z przykrością stwierdzam, że kaptur cały czas mimo kasku, był szczelnie naciągnięty na głowę. Zaczynam wertować w pamięci, co w plecaku zostało jeszcze do założenia. Wspomnienie wyciągniętej z niego polarowej bluzy i puchowej kurtki zaczyna przygniatać mnie wielkim ciężarem. Ty idioto, myślę o sobie przecież zabierałęś1) je nawet w Beskidy przy dobrej pogodzie. Mróz i wichura wykluczają zatrzymanie się w wyprostowanej pozycji. Odwracam się szukając Grześka. Stanie tyłem do wiatru sprawia ulgę. Rozglądam się dalej idąc tyłem. Zniknął!!!! Wytężam wzrok. Za skałką odległą o kilkadziesiąt metrów widzę go, jak się do niej tuli próbując uniknąć lodowatych pieszczot wiatru. Cholera obiecałem mu kisiel. Zatrzymuję się, zwijam niemal w trąbkę chowając twarz i brzuch przed wiatrem. Dobieram się do plecaka, wyciągam termos z kisielem – przedmiot pożądania. Pomyślałem że Grześ zaraz dojdzie i go poczęstuję, ale już pierwsza minuta bez ruchu i ze zdjętymi rękawicami przyprawia mnie o drżenie rąk i kolan. Boże nie wytrzymam tu, gdzie te gogle. Zgrabiałe ręce z coraz większym trudem wertują, a raczej bezładnie rozkopują plecak. Są!!! Cóż za ulga. Jest kominiarka, naciągam ją na gogle. Nie ma takiej mocy, która zmusiłaby mnie do dobrowolnego zdjęcia gogli nawet na sekundę. Jeszcze łapawice, są wielkie, a mimo to ich założenie wydaje mi się teraz niemożliwe. Walczę z nimi bliski rozpaczy. Wreszcie……. Zmęczony jak po maratońskim biegu odetchnąłem, gdy już były na rękach. A ręce? Nie czuję ich już zupełnie, plecak zasuwam zębami, rezygnuję z dalszych prób zapięcia kurtki na zamek, ależ genialny był ten co wymyślił przy niej rzepy. Rany Boskie mrowienie i brak czucia w dłoniach i stopach. Mój anioł struż już niemal ochrypł wrzeszcząc mi wciąż do ucha „Spieprzaj stąd!!!!” A Grześ? Nie widać Grześka, ale co nam po przyjaźni jak tu zamarznę? Wzeszło słońce, rachitycznie ale wyraźnie zaczyna świecić. Przełączka jest w cieniu rzucanym przez mniejszy wierzchołek Elbrusa. „Przełączka”?!!! Jaka PRZEŁĄCZKA, jak można było na odprawie przed atakiem tę „strefę śmierci” nazwać przełączką??? Posłuszny Aniołowi Stróżowi spieprzam, byle do słońca. W strefie śmierci jest w miarę płasko, ale wiatr wieje jakby się spadało w bezdenną przepaść. Jeszcze 50 m i wychodzę z cienia. Ale to cholerne słońce nie chce grzać, nie, tu się nie mogę zatrzymać. Zaczyna się podejście. Stromo. Ręce zaciskają się na kijkach, hura zaciskają, a więc wraca czucie. Wkrótce wzniesienie rozgrzewa mnie ponownie pozwalając myśleć o czym innym niż przeżycie. Porządkuję fakty, klaruję w głowie sytuację i układam dalszy plan działań. Rany Boskie, nie mam Aparatu!!!!!!!!!! Jak tam wlezę, to czym zrobię zdjęcia? Nawet na 8 tys. ludzie normalni biorą aparat, żeby zrobić zdjęcie, a ja na Elbrus nie wziąłem!!! Zatrzymuję się przy niewielkiej skałce. Wbijam głęboko czekan, zapieram kijki w zmrożonym, śniegu, wdeptuję się głęboko we w miarę bezpieczną półkę i urządzam „poczekalnię”. Słońce już pięknie operuje. Wystawię się na nie, nałapię energii kosmicznej i zaczekam na Grzesia i jego aparat. ;-) Po 3 min. wróciły cholerne mrowienie i ból do prawej stopy i dłoni, to te wystawione na słonko, ale i na wiatr. Po następnych 2 min zaczynam rzucać łokciami, kolanami i zębami. Wypatruję przyjaciół. Są!!! Ale cóż to, zamiast gnać do mnie co sił ze swymi aparatami, zbijają się w ścisłą kupkę i chyba wymyślili kolejne picie. Do Grześka w międzyczasie dołączyły jeszcze 2 osoby, ale nie jestem w stanie rozpoznać stąd, kto to. Trudno, znów słucham Anioła, a sumieniu odpowiadam, że przecież nie jestem tu żeby zdjęcie robić, tylko żeby wyjść na szczyt. Z trudem uspokajam kłótnię Sumienia z Aniołem. Idę dalej. Czuję się świetnie kondycyjnie, tylko ten pieprzony chłód. Łapię się na przekleństwach, chociaż na co dzień ich nie używam. Podejście przywraca czucie w stopach i dłoniach. Już jestem tuż, tuż. Jeszcze 5 kroków i kończy się stromizna, i będę na koronie wulkanu. To już tu? Niestety, po jej osiągnięciu okazuje się, że tam wieje jeszcze bardziej. W dodatku coś próbuje igrać z moją wyobraźnią. Na maleńkim płaskowyżu ukazuje się widok nieodparcie kojarzący się z piramidami Inków. Przez środek tej niebiańskiej platformy prowadzi równy niemal jak stół z idealnie równymi brzegami chodnik. Ułożony ok. 30 cm powyżej otaczającego śniegu doprowadza do kolejnego wzniesienia. Niemal stożkowa góreczka, wygląda jak piramida. Tupię, rozcieram dłonie pod pachami, robię trzy kółka rozgrzewki. Ponownie podchodzę do krawędzi, rozglądam się za Grześkami. Są wciąż daleko. Trudo wspinam się samotnie na „piramidkę” i wreszcie jest –WIERZCHOŁEK. Zapominam o wietrze, zimnie i zmęczeniu. Wzruszenie…. Anioł znów daje znać, więc na pożegnanie pieszczotliwie głaszczę skałkę wierzchołka opatuloną we flagi i szarfy zdobywców. Przyglądam się najniższej z nich. Jest błękitną i ma biały drukowany napis cyrylicą, to nazwa jakiegoś przedsiębiorstwa. Powtarzam ją w kółko schodząc. Po chwili na krawędzi spotykam Grześka Ulę i Wojtka. Proszę o zdjęcia panoramy ze szczytu dla mnie, a w dowód mojej tam obecności, opisuję niebieską wstęgę. Krótkie gratulacje i … spieprzam. Na odchodne wszyscy zobowiązują mnie do ostrożności, na co chętne przystaję. Radość niemal ciśnie łzy do oczu. Pół godziny później tuż za strefą śmierci spotykam atakującą sylwetkę. Ciężko krok za kroczkiem wspinała się dysząc obficie. Wesoło krzyknąłem Hallo! I zacząłem po angielsku przekonywać ją, że już będzie tylko lepiej, bo słońce, bo szczyt już nie dalej niż 40 min, że na pewno da rady. Tamta postać powtarzała uprzejmie, „Yes…thank You…, yes…thank You…” Na koniec, gdy już po „Good luck” zacząłem dalej schodzić, tamta postać zmęczonym głosem zawołała „Narcyz, to Ty?”. Parsknęliśmy z Michałem śmiechem. Ten cholerny wiatr i mróz sprawił, że każdy centymetr naszej skóry był zakryty wszystkim, czym się tylko dało go zakryć. Jakże inaczej wyglądaliśmy parę godzin wcześniej wychodząc z prijuta? Szczytowałem 27 VIII 2009 r. o godzinie 7.42 czasu lokalnego. Po niecałych 8 godzinach bezpiecznie wróciłem do prijuta. W drodze powrotnej wiatr zamienił jedną z moich łapawic we wróbla i odleciała do Gruzji ( było na szczęście już nisko i ciepło ). Ponadto oddałem kijek Piotrowi, który pod wpływem wysokościowego urojenia wyrzucił swój, twierdząc że się zepsuły oba. Jednak po powrocie ten ocalały, także rzekomo „zepsuty” świetnie działał. Więc, albo firma Leki nie daje rady w ekstremalnych mrozach, albo Pit upoił się azotem. Okazuje się, że moje skojarzenia na szczycie były zbieżne z pozostałymi. Udeptany przez zdobywców trakt, utworzył coś na kształt chodnika nieco wyniesionego ponad otaczający śnieg i pięknie eksponującego trakt wiodący na ostatni, najwyższy pagórek. Szkoda że na ziemi Elbrus jest tylko jeden. narek |
|
| Ostatnia aktualizacja ( sobota, 12 wrzesień 2009 ) |
| < Poprzedni | Następny > |
|---|




