Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Azja arrow Inne kraje Azji arrow Sri Lanka - kraj, do którego kiedyś jeszcze powrócę...
Advertisement

Foto wypady


Z biegiem Nilu...
Świątynia w Luksorze
 

Kair by night
Akcja śmieci.
 

Galeria Kreta 2005
Kreta - Chania
 

Pekin
beijing_9.jpg
 

Egipt
Biała Pustynia

Logowanie

Gościmy

Aktualnie jest 196 gości online
Sri Lanka - kraj, do którego kiedyś jeszcze powrócę... PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 19
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Agnieszka Szymańska   
poniedziałek, 07 wrzesień 2009
Spis stron
Sri Lanka - kraj, do którego kiedyś jeszcze powrócę...
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Image
MY na cejlońskim olbrzymie
Zapraszam na podróż niezwykłą, bajeczną, inną, niepowtarzalną. Zapraszam na przepiękną wyspę Sri Lanka: Tsunami Usłyszałam o tsunami cztery lata temu – 26.12.2004. Obchodziliśmy wówczas drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, kiedy tam w odległych od nas krajach rozegrała się straszna tragedia.Na Sri Lance również tubylcy świętowali tego dnia. Zawsze, kiedy jest pełnia księżyca, mają oni wolne od pracy, świętują, ale inaczej niż u nas, mianowicie bez alkoholu.

Image
Ukochane warany...
Poza tym leniuchują, spotykają się na wspólnych modlitwach, odwiedzają rodziny i przyjaciół. Alkoholu pozbawieni są również turyści. Nawet w hotelach z formułą all inclusive daremne okazują się prośby skierowane do barmana, że może chociaż „one beer”. Zasady są przestrzegane. Ludzie mieszkający na Sri Lance są głęboko przekonani, że właśnie podczas pełni księżyca urodził się Budda.Katastrofa rozpoczęła się o godzinie 9.20. Wielu ludzi, ponieważ był to dzień wolny od pracy, spało spokojnie w swoich domach. Nic nie zapowiadało tragedii. W lokalnych mediach brak było jakichkolwiek ostrzeżeń. Dlatego też po pierwszej fali, wielu ludzi zamiast uciekać poszło na plażę, by zaobserwować ciekawe, dotąd niespotykane zjawisko. Woda zaczęła wdzierać się na ląd coraz silniej i z coraz większą siłą. Kiedy gapie zauważyli, że może to stanowić niebezpieczeństwo, próbowali uciec lub chociaż się ukryć. Ponad tysiąc osób pomyślało o kryjówce przed żywiołem w pociągu, w ośmiu wagonach. Cztery z nich mogliśmy z Krzysiem obejrzeć, cztery są w Kolombo. Miałam bardzo mieszane uczucia, kiedy widziałam ten zmasakrowany pociąg. Miałam wówczas przed oczami ogromną tragedię, która się tam rozegrała i czułam na karku tysiące dusz, które gdzieś tam nadal się błąkają. Może po to, by uspokoić pozostałych przy życiu. Sam, który nam opowiadał całą historię, zamilkł na chwilę. Zdołał  tylko wydusić z siebie, że pociąg został wyrzucony przez wodę 200 metrów w głąb lądu. Nie skomentowaliśmy tego, co zobaczyliśmy. Brakowało słów… Nie mieliśmy też śmiałości zapytać Sama, jak on przeżył tsunami. Widzieliśmy, że każde słowo, które wypowiada przychodzi mu z trudem. I bynajmniej wcale nie przez to, że nie władał dostatecznie angielskim. Jego angielszczyzna była naprawdę niezła. Ale dlatego, że cierpiał…Z ukrytych w pociągu 1270 osób nie przeżył nikt. Ocaleli musieli przygotować zbiorową mogiłę. Tamtejszy klimat mógłby spowodować w krótkim czasie epidemię. Widzieliśmy pomnik, byliśmy w tym miejscu.  

Słonie Wyobraźcie sobie, że idziecie wieczorem na zakupy, stoicie przed bazarem (tak tubylcy nazywają jeden sklep przeważnie z pamiątkami), właściciel bazaru tłumaczy waszemu kierowcy tuk-tuka, że absolutnie nie może już otworzyć sklepu, bo jest za późno. Nic nie rozumiecie z tego, co oni do siebie krzyczą i też mało was to obchodzi. Wyobraźcie sobie dalej, że czekacie koło nich, jesteście na jakiejś opustoszałej drodze, w niewiadomo jakiej dzielnicy i że marzycie, aby się stamtąd wydostać. Aż tu nagle w zaroślach obok zaczyna się coś poruszać, coś baaaardzo dużego. Coś zupełnie za dużego, by mógł to być człowiek. W pierwszej chwili myślicie o ludziach na szczudłach, ale później rozsądek bierze górę i myślicie, że w ogóle nie ma to sensu, co też wymyśliliście przed chwilą. I w końcu dociera do was fakt, że w zaroślach obok stoi SŁOŃ – duży, prawdziwy,  straszny słoń. Przytrafiło się to nam z Krzysiem naprawdę. U nas w Polsce coś niewiarygodnego, tam zupełnie normalna rzecz. Pierwsza moja reakcja to przeraźliwy krzyk połączony z radością, zaskoczeniem i z niedowierzaniem. Najbardziej jednak zdziwieni byli nasz kierowca i właściciel sklepu; skończyli swoje wywody, zadowoleni, że zamiast sklepu mogli turystom dostarczyć innej rozrywki. Wyobraziłam sobie później, jak ktoś u nas podobnie zareagowałby na krowę lub kozę - nie napiszę, co pomyślałabym o kimś takim. Nagle przy tym słoniu znalazło się chyba z czterech facetów, każdy coś do nas mówił w niezrozumiałym dla nas języku. Domyśliłam się, że chodzi o zdjęcia. Kiedy tak myślałam, Krzysiu już był koło słonia, a ja pstrykałam zdjęcia na oślep, bo nic nie było widać w ekranie aparatu. Zapytałam jednego chłopaka, czy  nie ma tu węży. Odpowiedział „no, no snake” wyszczerzając przy tym swoje białe zęby. Później była moja kolej, nie byłam tak odważna jak Krzysiu, nie podeszłam tak blisko, bałam się tego potwora. Samth- nasz kierowca tuk-tuka opowiadał nam po całym zajściu, że słonie generalnie nie są niebezpieczne, ale trzeba uważać jak są w trakcie posiłku. Zgadnijcie, co akurat robił „nasz” słoń? Oczywiście jadł.Słonie widzieliśmy jeszcze później, podczas podróży do Kendy. Co więcej, mieliśmy  niezwykłą okazję przejechać się na słoniu. Nasza przewodniczka opowiadała nam, że są trzy miejsca na ziemi, gdzie jest to możliwe: Tajlandia, Indonezja i Sri Lanka. Jak się później okazało, całe szczęście, że nie było innej opcji jak wędrówka na słoniu nie w pojedynkę lecz w parze. Usiadłam za Krzysiem, przekonana, że przejażdżka ta będzie podobna do tej na wielbłądzie. Jak bardzo się myliłam…

Małe przeszkody urozmaiciły nam tą krótką przygodę. Przed nami była niemała górka, na którą słoń musiał najpierw wejść a później, co gorsze, z niej zejść. Następnie weszliśmy na drogę, po której odbywał się normalny ruch drogowy, przejeżdżały auta, autobusy. Na słoniu byliśmy na poziomie okien autobusu, więc byliśmy fajną atrakcją dla przejeżdżających akurat turystów. W ich aparatach mamy sporo zdjęć na tym słoniu. Później „słonik” z nami na grzbiecie wszedł na mostek. Miałam wrażenie, że na tym mostku tylko ten jeden nasz słoń może się zmieścić. I tym razem byłam w błędzie. Naprzeciwko zobaczyliśmy drugiego olbrzyma, który wcale nie myślał ustąpić nam z drogi lub zaczekać, aż my przejdziemy. Przed nami było jeszcze zejście z górki, które jakoś nam się udało przeżyć, chociaż Krzysiu był prawie na głowie słonia, a ja na Krzysiu. Ciekawym doświadczeniem było również, kiedy słoń przyspieszył kroku. Mój tyłek podskakiwał z jakieś pól metra w górę. Słoń ma śmieszną sierść, pokrytą kłującymi włoskami. Ponieważ nie siedzieliśmy w koszyku, lecz na samej płachcie, czuliśmy te jego włoski na naszych nogach. Krzysiu miał dodatkową atrakcję w postaci masażu nóg przez ogromne uszy słonia, którymi poruszał w sposób jakby się wachlował. Głowa jego była ogromna. Kiedy się siedzi na słoniu widać tylko tą jego dużą głowę. Gdybym miała wybierać dłuższą podróż na słoniu czy na wielbłądzie, zdecydowanie wybrałabym tego drugiego. Mimo wszystko przeżycie niezapomniane, niezwykłe i bardzo fajne.Dużo słoni widzieliśmy również w sierocińcu dla słoni w Pinnawela. Tu adoptowane są słoniki niechciane, znalezione sieroty lub pokrzywdzone przez los, jak np. słonica Sami, która straciła nogę przez minę. Reszta słoni wyglądała na zdrowe, ale mogę to stwierdzić tylko okiem laika. Z jakiegoś powodu były w schronisku. Piękny widok, który zachowam w pamięci do końca życia. Kiedy szliśmy tam, powiedziałam do Krzysia: „chciałabym mieć z Tobą zdjęcie, gdzie w tle będzie mnóstwo słoni – jak w folderach”. I mamy takie zdjęcie. Jest fantastyczne! Byliśmy tam do godziny dwunastej w południe, bo akurat o tej porze kończył im się czas na kąpiele. Przez schronisko przepływała rzeka Maha - Oya, w której te słoniki akurat zażywały kąpieli. W ciągu dnia kąpią się w godzinach 10-12, 14-16.



Ostatnia aktualizacja ( poniedziałek, 07 wrzesień 2009 )
< Poprzedni   Następny >