Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Europa arrow Inne kraje Europy arrow Moja podróż na Korsykę
Moja podróż na Korsykę PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 11
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Aseretka Aseretka   
środa, 21 styczeń 2009
Spis stron
Moja podróż na Korsykę
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7

 Dzień 10 – niedziela.

Pożegnanie z Korsyką. Prom odpływa o 13:30 ale chcemy ostatni raz popatrzeć na wyspę przejeżdżając przez region Castagniccia. Śniadanie o 8:00 i przed 9:00 opuszczamy camping. Niebo zachmurzone, jakby pogoda opuszczała Korsykę wraz z nami.

Jedziemy N198 do Prunete, gdzie skręcamy w lewo na D71. Ten najzamożniejszy przed stu laty region przecinają liczne drogi. Jego nazwa wzięła się od kasztanowców, które porastają wzniesienia i doliny. Genueńczycy nakazali zastąpić nimi miejscowe dęby, ponieważ dzięki nim mogli wyżywić Korsykańczyków, głodujących z powodu wysokich podatków. Niestety kasztanowe drzewa w większości są na wymarciu i mogą straszyć turystów wyschłymi konarami.

 Dalej droga wiedzie nas górą do Santa Maria Poggio, a następnie w dół do Moriani-Plage. Z Corniche de la Castagniccia podziwiać można fantastyczny widok na rozciągającą się w dole równinę i morze, ale niestety nie jest nam to dane, gdyż wszystko zaciągnięte jest mgiełką i widoczność nie jest dobra.

W Bastii jesteśmy kilka minut po 11:00. Tu na szczęście nie ma problemu z dojazdem do terminalu, bo tablice świetlne wskazują dokładny kierunek na prom Corsica & Sardinia Ferries. Ustawiamy się w kolejce do wjazdu na prom, a ponieważ jest jeszcze sporo czasu zamykamy samochód i idziemy pospacerować po Placu St-Nicolas, który dziś zapełniony jest przez pchli targ. Łazimy przez ponad pół godziny pomiędzy rozłożonymi na ziemi straganami oferującymi najróżniejsze starocie: książki, zabawki, monety, porcelanę ale także i współczesny asortyment: zegarki,  telefony komórkowe, wyroby skórzane, sprzęt AGD.

Kilka minut po 12:00 rozpoczyna się załadunek. Samochodów jest stanowczo więcej niż w Livorno, a prom znacznie mniejszy od Mega Smeraldy, którą płynęliśmy na Korsykę. Nie ma tu jednak pokładów w kabinami, a samochody ustawiane są na kilku piętrowych rampach. Na szczęście nasz zaokętowany zostaje na najniższym poziomie, więc nie będziemy długo czekali na wyjazd. Mimo, że na pokład wjeżdżamy niemal na końcu udaje nam się jeszcze znaleźć wolne leżaki na decku. Można więc jeszcze będzie wykorzystać podróż na opalanie. Radość ze słonecznej kąpieli mąci jednak nadciągająca czarna chmura. Mamy jednak nadzieję, że po odbiciu od nabrzeża prom wydostanie się spod jej zasięgu.

Nadzieje jednak okazały się płonne i czarna chmura, jak na złość ciągnie się nad nami. Uwzięła się chyba, żeby podążać w tym samym kierunku, co statek. Po pół godzinnym rejsie zmuszeni zostajemy przez deszcz do opuszczenia decku i schronienia się pod pokładem. Na morzu rozpętuje się burza i promem zaczyna całkiem nieźle kołysać. Cumujemy w jednym z barów i patrzymy, jak bulaj zalewają fale wody. Dziewczynką pod wpływem kołysania zamykają się oczy i zasypiają. Zresztą nie tylko one, wszędzie widać leżących na siedzeniach, bądź opartych o stoliki śpiących osobników.

W strugach deszczu mijamy Isola de Capraia. Kilka minut później bratowa wychodzi na pokład i stwierdza, że przestało padać. Spoza chmur zaczyna prześwitywać słoneczko, które wraz z wiatrem szybko osusza leżaki. Opalać się co prawda nie można, ale tak przyjemniej jest posiedzieć na pokładzie niż pod nim.

Zgodnie z rozkładem jazdy dopływamy o 17:30 do Livorno. Prom opuszczamy jako jedni z pierwszych. Teraz jeszcze ponad godzina jazdy i przed 20:00 lądujemy na campingu Parc Albatros w San Vincenzo. Koniec korsykańskiej przygody.



Ostatnia aktualizacja ( niedziela, 01 luty 2009 )
< Poprzedni   Następny >