|
Strona 1 z 19  Abu Simbel Pomysł podroży do Egiptu na własną rękę narodził się prawie rok przed wylotem. Ponieważ takie podróżowanie niesie ze sobą o wiele więcej wyzwań, niż zorganizowana wycieczka należało się odpowiednio przygotować. Po pierwsze ustaliliśmy wspólnie z żoną co chcemy w tym kraju zobaczyć. Na zwiedzanie przeznaczyliśmy 16 dni a na wypoczynek w Hurghadzie 5. Okazało się, że wybór miejsc, które mieliśmy odwiedzić nie jest taki prosty.
Z góry wiedzieliśmy, że z wielu wspaniałych miejsc trzeba będzie zrezygnować. Ostatecznie padło na: Kair, Gizę, Dahszur, Sakkarę, Medum, Liszt, Abu Sir, Memfis, Aleksandrię, Wadi Al. Natrun, Luksor, Abydos, Dendera, Edfu, Kom Ombo, Asuan i Abu Simbel. W planie mieliśmy również wypad do Safagi w celu odwiedzenia brata mojego egipskiego przyjaciela. Po ustaleniu miejsc należało się zastanowić nad datą wyjazdu. Wybraliśmy przełom września i października za względu na nieco niższe temperatury za dnia. Po rezerwacji okazało się jednak, że wpakowaliśmy się w ramadan (całe 21 dni). No cóż przynajmniej zobaczymy to wydarzenie z bliska i zobaczymy czym to pachnie. Następnym etapem było zbieranie informacji o zwiedzanych miejscach i lokalnych zwyczajach i kulturze. Pomagały mi w tym przede wszystkim strona internetowa http://lexicorient.com/ oraz przewodnik po Egipcie z Gazety Wyborczej. Cennym źródłem informacji były również Forum Egipt i inne strony internetowe poświęcone temu krajowi. Uzbrojony w wiedzę teoretyczną zacząłem przygotowywać ekwipunek. Poza standardowym wyposażeniem, przekupiłem sporo alkoholu i leków[1] (na zemstę rzecz jasna). Przelot do Egiptu wykupiliśmy w biurze podroży VIVA TOURS. Wylatywaliśmy z Katowic o godzinie 11:40 a przylot był zaplanowany na 15:55.
[1] Nifuroksazyd, Antinal
Lecieliśmy liniami Koral Blue. Jedyny Hotel, który mieliśmy zarezerwowany to La Perla w Hurgadzie (***HB). W miastach, które mieliśmy odwiedzić planowaliśmy szukać lokum ma miejscu. 21 września 2007 roku wraz ze znajomym opuściliśmy Polskę i polecieliśmy w nieznane. Lot trwał cztery godziny i przebiegł bez żadnych problemów. Na pokładzie samolotu otrzymaliśmy posiłek i napoje. Widoki rozciągające się z okien samolotu były cudowne. Szczególnie zachwycił mnie widok niezliczonych wysepek otoczonych błękitem Morza Śródziemnego.
Po wylądowaniu wszyscy udawali się do odprawy, po czym każdy musiał kupić egipską wizę (15$). Ja na szczęście miałem ten luksus, że nie musiałem pchać się do tej kolejki ponieważ biuro podróży zapewniło mi wizę gratis. Choć miałem co do tego pewne wątpliwości, wszystko poszło sprawnie i jako pierwsi mieliśmy wizy i mogliśmy powitać Egipt. Pierwsze wrażenie nie było imponujące –piasek, piasek i jeszcze raz piasek, a do tego jakieś sterczące betonowe monstra. Cóż nie zamierzaliśmy tu jednak nocować i zaczęliśmy dopytywać się naszej rezydentki o transport w pobliże przystanku autobusowego. Nasz przewrotny plan zakładał, że w dwie godziny po wylądowaniu w Egipcie znajdziemy przystanek, kupimy bilety, coś zjemy i znajdziemy odpowiedni autobus. Poprosiliśmy więc rezydentkę o podwiezienie nas jak najbliżej Daharu gdzie ów dworzec miał się znajdywać. Biedna kobieta jednak nie potrafiła zrozumieć, że nie mamy zarezerwowanego hotelu na dzisiejszą noc i chcemy zamiast odpoczywać na basenem pchać się w ryzykowny nocny przejazd do Kairu. Cóż tylko my w całym autokarze mieliśmy inne plany. W końcu udało się jakoś z nią porozumieć (a nie było to łatwe) i zawieziono nas do Sakkali, gdzie jak nas zapewniała znajdziemy punkt sprzedaży biletów. No i wysadzili nas na środku drogi, dali walizy i pojechali. Zostaliśmy sami w obcym miejscu z tobołami i co teraz. W jednej chwili wszyscy kierowcy taksówek zaczęli się zatrzymywać i trąbić na nas. Jednak my ryzykując życie przedarliśmy się na druga stronę ulicy i podreptaliśmy w kierunku punktu sprzedaży biletów. Trochę to trwało zanim zorientowaliśmy się, że odrapany barak bez okien na rogu ulicy to właśnie to miejsce. Już mieliśmy odchodzić kiedy zaczął biec w naszym kierunku jakiś jegomość i coś strasznie za nami krzyczał. Bez namysłu zaproponowałem ucieczkę, ale ciężka waliza mi to utrudniła i nas dopadł. Okazało się, że był to sprzedawca biletów! Zapytał dokąd chcemy jechać. Wciąż jednak nie mogłem w to uwierzyć i dopiero po kolejnym zapewnieniu, że faktycznie sprzedaje bilety powiedziałem, że do Kairu i potrzebujemy 3 biletów na 1930. Autobusy kursowały co dwie godziny a na ten o 1700 już nie było szans. Bilet kosztował 60 LE. Po zakupie biletów z nową nadzieją postanowiliśmy znaleźć dworzec autobusowy w Daharze. Tym razem postanowiliśmy powierzyć to zadanie taksówkarzowi, który za 20 LE z uśmiechem na twarzy zawiózł nas gdzie trzeba. Na autobus mieliśmy jeszcze trochę czasu, postanowiliśmy więc poszukać jakiegoś sklepu lub knajpki. Okazało się to nie takie proste, w ramadanie bowiem życie zaczyna się dopiero po 1900 czyli po ramadanowej kolacji. W czasie gdy próbowaliśmy znaleźć coś do jedzenia Egipcjanie właśnie jedli i nic, żadna siła nie mogła ich ruszyć od stołu. W końcu po około kilometrze marszu znaleźliśmy jakiś sklepik i zakupiliśmy nieco prowiantu w postaci ciastek i drożdżówek oraz napoje. Ponieważ szliśmy z bagażami nie mieliśmy ochoty zapuszczać się dalej i wróciliśmy na dworzec. Autobus, którym mieliśmy jechać do Kairu należał do lini El Gouna Transport Co. Na dworcu w końcu coś zjedliśmy i nieco odpoczęliśmy.
|