Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Afryka arrow Egipt arrow Od Alexandrii do Abu Simbel
Advertisement

Foto wypady


Tunezja - ramadanowe ciasteczka
Tkacz
 

Chiny 2006
Wiza chińska
 

Kair by night
Bazar Chan al-Chalili (Khan El Khalili)
 

Chiny
śpiaca chinka
 

Hiszpania - Kasia
spain_5.jpeg

Logowanie

Gościmy

Aktualnie jest 202 gości online
Od Alexandrii do Abu Simbel PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 9
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Dariusz Maryan   
sobota, 19 kwiecień 2008
Spis stron
Od Alexandrii do Abu Simbel
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12
Strona 13
Strona 14
Strona 15
Strona 16
Strona 17
Strona 18
Strona 19

Następny dzień zaczął się jeszcze w nocy. Na ulicach Asuanu panował wzmożony ruch, było nawet bardziej gwarno niż zadnia. Zeszliśmy do recepcji i na wszelki wypadek poprosiliśmy by zadzwonili do naszego kierowcy i przypomnieli mu, że ma dziś kurs. Uczynili o co prosiłem i oznajmili mi, że kierowca WIE i ma jeszcze czas. My jednak nie mogliśmy usiedzieć na miejscu. Perspektywa zobaczenia największego skarbu Nubii i jednego z najokazalszych zabytków Egiptu dodawała energii. W oczekiwaniu wyjazd wyszliśmy z hotelu żeby nieco rozprostować nogi. W międzyczasie w hotelu przygotowywano dla nas prowiant na drogę. Poprzedniego dnia ustaliliśmy z recepcją, że przechowają nasze bagaże aż do naszego odjazdu, to jest do popołudnia. Ten dzień miał być prawdziwym maratonem odległościowym. Planowaliśmy Pojechać z Asuanu do Abu Simbel i z powrotem oraz z Asuanu do Hurghady i to wszystko jednego dnia.
 

W końcu się doczekaliśmy i zajęliśmy miejsce w konwoju. Tylko my jechaliśmy do Abu Simbel samochodem, pozostałe pojazdy to głównie autokary i busy. Nie wiadomo skąd nasz kierowca wiedział, że trzeba ruszać, choć wiele osób jeszcze się wałęsało tu i ówdzie. Jechaliśmy zaraz za pojazdem prowadzącym. Z okien samochodu mogliśmy oglądać wschód słońca nad pustynią. Dokoła rozciągało się pustkowie. Po pewnym czasie zaczęły się mi zamykać oczy, nie otwieraliśmy okien gdyż klimatyzacja działała na pełnych obrotach. Do Abu Simbel przybyliśmy jako pierwsi. Po kupnie biletów (70LE) od razu by uniknąć tłoku poszliśmy w kierunku świątyń. Chcieliśmy zrobić kilka fotek zanim słońce nie będzie zbyt ostre. Po okrążeniu sztucznej góry naszym oczom ukazała się świątynia królowej Nefertari a nieco dalej na lewo Ramzesa II. Wrażenie było porażające, jednak podziwianie tych niesamowitych budowli z zewnątrz zostawiliśmy na później, chcieliśmy pooglądać je wewnątrz, korzystając z faktu, że obszar Abu Simbel przez kilkanaście minut mamy tylko dla siebie. Zaczęliśmy od świątyni królowej. Niestety wewnątrz nie było można robić zdjęć, a strażnicy byli wyjątkowo odporni na argumenty. Pozwolili jedynie na fotki z progu świątyni. W środku zobaczyliśmy zachowane w doskonałym stanie płaskorzeźby przedstawiające niesamowite czyny faraona. Świątynia została poświęcona bogini Hator. Fasadę świątyni została ozdobiona posągami przedstawiającymi faraona jego żonę i dzieci. Posągi były w doskonałym stanie i ciężko było się od nich oderwać. Jednak na lewo czekało na nas danie główne. Świątynia Ramzesa II jest rewelacyjna. Posągi przedstawiające siedzącego faraona są w tak doskonałym stanie, jakby wykonano je wczoraj. Wnętrze świątyni aż kipi życiem. Sceny zwycięskiej bitwy faraona są niesamowite. Świątynia przytłacza swym pięknem i potęgą. Gdy już nieco ochłonąłem ludzie na dobre zaczęli się schodzić. Odszedłem trochę od świątyń by zobaczyć drugi kraniec Jeziora Nassera, po którym akurat płynął luksusowy statek wycieczkowy. Na niebie pojawił się też pierwszy samolot z turystami. Z tej perspektywy można było objąć wzrokiem obie świątynie naraz.
 

Gdy już się napatrzyliśmy na te cuda poszliśmy do wyjścia by przy stoliku zjeść śniadanko. Cały teren wokół świątyń był bardzo zadbany. W pobliżu wejścia były bazary, na których proponowano pamiątki związane ze świątyniami. Na zwiedzanie mieliśmy ponad dwie godziny. Były to niezapomniane chwile. W drodze powrotnej do Asuanu nieco się przespałem. Przybyliśmy za wcześnie by od razu iść do hotelu po bagaże i na autobusik, więc poszliśmy na obiad do Monalizy. Zapaliliśmy ostatnią sziszę w Asuanie i podziwialiśmy feluki wolno snujące się po Nilu. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i w końcu trzeba było wracać. Na przystanek pojechaliśmy taksówką za 20 LE. Już zdążyliśmy odwyknąć od łapania okazji na mieście. Przystanek był niemal pusty. Kilka autobusów, smętne budki i zadaszenie –tak to mniej więcej wyglądało. Zakupiliśmy bilety do Hurghady i spoczęliśmy na pobliskiej ławce. Odjazd nastąpił punktualnie. Usadowiłem się zaraz za kierowcą by mieć fajny widok, lecz ten wkrótce po starcie zaciągnął zasłony. Wszystko było by pięknie gdyby nie uciążliwa skłonność kierowcy do używania klaksonu bez powodu. Przykładowo; mijamy faceta z osiołkiem ten bach trąbi, mijamy jakąś chatkę, ten znowu i tak co kilka minut. Co zaczynałem usypiać bach, huk. I to nie tak jak u nas na chwilę, trąbił z 10 sekund, myślałem że mi się coś zagotuję, ale wytrwałem. Po chwili nastąpiło najgorsze, facet włączył radio z pieśniami religijnymi. Ale w końcu to Egipt –chciałem więc mam. Po około trzech godzinach autobus zatrzymał się w jakimś dziwnym miejscu. Była to jakaś wioska z rozstawionymi stołami. Była to pora ramadanowej kolacji więc kierowca i wszyscy podróżni Egipcjanie wysiedli i poszli jeść. Jakież było moje zdziwienie gdy po kilku minutach jakiś Egipcjanin wtargnął do autobusu i oznajmił, że bezdyskusyjnie mamy wysiadać, gdyż właśnie dla nas nakryli. Tego się nie spodziewałem, było to naprawdę miłe i sympatyczne z ich strony. Dostaliśmy egipski chleb, ryż, jakiś sos i sałatka. Dali nam również do picia soki i herbatę. Było to naprawdę wspaniałe przeżycie, którego można doświadczyć tylko podróżując samemu. Byłem naprawdę wzruszony, widok był niesamowity przy jednym długim stole siedziała chyba cała wioska. Po kolacji ruszyliśmy w dalszą drogę. Było już ciemno, nie pamiętam która godzina gdy zatrzymaliśmy się na krótki postój w Kenie. Nie trwało to jednak zbyt długo i ponownie ruszyliśmy w drogę.
 

Do Hurghady dojechaliśmy po północy. Wysiedliśmy w Sakkali. Mimo iż było bardzo późno, życie tu kwitło w najlepsze. Tak więc po ponad dwóch tygodniach ponownie zawitaliśmy nad Morze Czerwone. Szybko odnalazła nas taksówka i po chwili już jechaliśmy do La Perli. Jednak nie był to koniec atrakcji na dzisiaj. W hotelu z rozbrajającą szczerością recepcjonista oznajmił nam, że nie ma naszej rezerwacji, która rozpoczęła się dwa dni temu i musimy normalnie zapłacić za pokój. Wulkan wybuchł. Oświadczyłem temu panu, że ma napisać oświadczenie, że nie ma naszej rezerwacji i bierze na siebie całą odpowiedzialność oraz wszelkie koszty w przypadku gdyby jednak się odnalazła. To spowodowało, że jej odnalezienie stało się jego punktem honoru. Okazało się, że VIVA TOURS figuruje tam pod jakąś inną nazwą, i że rzeczywiście mamy opłacony tydzień pobytu. Jak chce to potrafi. Jednak straciliśmy dobra godzinę, o nerwach nie mówiąc. Nie ma to jak polegać tylko na sobie. W ramach przeprosin dostaliśmy świetny pokój S2, który zrekompensował nasze straty moralne. Wszelkie próby skontaktowania się z jakąkolwiek przedstawicielką biura były bezowocne. Podczas całego naszego pobytu i kilku prób nikt się nami nie zainteresował. Po prostu wyłożyli się w naszych oczach na dobre.  I tak choć nerwowo rozpoczął się nasz pobyt w Hurghadzie.
 

Ostatnie pięć dni w Egipcie spędziliśmy na beztroskim leniuchowaniu. Nasz schemat dnia wyglądał identycznie: plaża, basen, knajpki, spacery...
                   

[1] Wszystkie ceny biletów z września/października 2007 roku.



Ostatnia aktualizacja ( niedziela, 20 kwiecień 2008 )
< Poprzedni   Następny >