|
Strona 1 z 5  Astypalaia - Chora Grecki Motyl ...pomysł został poczęty parę lat temu, pociągała mnie Grecja, ale bardziej wyspiarska niż antyczna. To było, jak uśpione nasionko, czekające na swoje poletko. Wykiełkowało nagle, z cała mocą chęci spełnienia jeszcze jesienią 2006 roku. Wykiełkowało i zawładnęło wyobraźnią spragnioną doznań z innego świata. Po tygodniach spędzonych nad dylematami wyborów, jedno było pewne – zaczynamy od wyspy Paros na Cykladach. Później się zobaczy….będziemy otwarci na wszelki sugestie jakie podsunie nam los. I tak oto, któregoś wrześniowego dnia powitały nas nocne światła portu na Paros. I chociaż wszystko było możliwe, co do naszych dalszych losów na tej wyprawie, to gdzieś tam głęboko w duszy tkwiła dziwna fascynacja "Greckim Motylem" zrodzona z lektur przewodników, niewyjaśnione zauroczenie malutką wyspą na Dodekanezie.
Jest 24 września 2007 roku, wyspa Paros (Grecja – Cyklady) godzina 21,00. Siedzimy z żoną przy wiatraku wypatrując niespokojnie przybicia promu do brzegu. Wczoraj z powodu silnego wiatru i wysokiej fali do nabrzeża nie przybył żaden prom, jeśli i dzisiaj sytuacja się powtórzy „w łeb” wezmą wszystkie terminowe przymiarki. Pomimo, iż w biurze sprzedaży biletów zapewniano nas, że nie mają informacji o odwołaniu rejsów, to jak dodano…..potwierdzeniem tego będzie tylko przypłynięcie promu….. Jak na złość, przy nabrzeżu niewiele osób, i tak samo jak my, emanują niepewnością. Mija kolejna godzina. Jest już 30 minut opóźnienia, a my nadal na walizkach. Tablica informacyjna, na którą spoglądam co chwila „świeci” pustą czernią – tablica jak szkolna, na której Ktoś czasami kredą zapisuje, że jakiś prom odpływa o jakiejś godzinie. Zaczepiam ją wzrokiem, jakby miała się nagle rozjarzyć oczekiwaną informacją. Nagle robi się jakiś ruch przy nabrzeżu, pojawiają się ludzie ubrani w odblaskowe kamizelki i zaczynają „organizować” załadunek samochodów i ludzi …..uczucie ulgi i pojawiająca się świadomość sześciogodzinnego rejsu w otchłani morza i nocy. Siedzimy w klasie economy, pośród prawie samych Greków. Dzieciaki grają w piłkę, ganiają się pomiędzy pasażerami, za nic mając napominania rodziców i opiekunów. Jest gwarno. Wielki telewizor w narożniku nastawiony na polityczne debaty przyciąga uwagę wielu pasażerów, chociaż dominują ludzie starsi. Zjadamy jakieś kanapki popijając zakupioną w bufecie kawą (dwie małe kawy 3 euro). Nie należymy do dobrej klienteli bufetu z wiadomych powodów – kasa. Żona ratuje się czytaniem zakupionej na Paros TINY (po polsku) za niecałe 2 euro!! Ja, chwilami wybiegam myślami do końca podróży, bo jedziemy „w ciemno”. Nie mamy rezerwacji, a nawet namiarów na żaden hotel. Wyszedłem z założenia, że praktycznie w końcówce sezonu, nie powinniśmy mieć problemów ze znalezieniem noclegów w dobrej cenie. Nawet mając świadomość, że wybieramy się na wyspę, która ma jedynie dwie drogi asfaltowe, trzy taksówki i 1200 stałych mieszkańców nie budzi mojego większego niepokoju, w przeciwieństwie do żony, która „dała” się namówić na tę wyspę pod warunkiem przelotu do Aten zamiast kolejnego rejsu promem (około 12 godzin). Czas płynie, można by rzec, monotonnie. Chwilami jelita odczuwają dziwne stany podnoszenia się i opadania, a wzmożone kołysanie przypomina że jesteśmy na co nieco wzburzonym morzu. Czas płynie, jakby w ogóle nie upływał, godziny wloką się niemiłosiernie wolno. Na szczęście jest coraz ciszej. Buszujące dzieciaki, albo wysiadły na jakiś wyspach, albo wtulają się w siedzenia i ramiona opiekunów zapadając w coraz mocniejszy sen. Dla rozprostowania kości robimy krótkie spacery po pokładach promu. Na otwartym pokładzie silne powiewy bryzy morskiej, podmuchy wiatru i czeluści bezgwiezdnej nocy. Nic nie widać. Jedyne wyjątki, to gdy zbliżamy się i cumujemy w portach (przystankach) mijanych wysp. Ale i tak w większości to tylko światła, które w swojej poświacie niewiele odkrywają dla naszych oczu. Już na godzinę przed planowanym dopłynięciem do Astypalaii wypatrujemy w ciemnościach jakiś światełek, czy zarysu wyspy. Nadaremnie. Mamy już ponad pół godziny opóźnienia. Dochodzi czwarta rano. Zrobiło się już zupełnie luźno i cicho. Parę osób rozłożyło się na siedzeniach i śpi, inne wpatrują się beznamiętnie w telewizor albo w ściany jak ja. Przystań „Promów”
W pewnym momencie podchodzi do nas jakaś Greczynka. Ma jedną rękę na temblaku, a w drugiej mały folder. Zachwala swoje pokoje do wynajęcia na Astypalaii w Livadi. Nie mówi po angielsku, więc przy pomocy kartki wiemy, że „chce” 25 euro za dobę bez śniadania. Próbuję wytargować w tej cenie śniadanie, ale albo nie rozumie o co mi chodzi, albo nie chce zrozumieć. Daję sobie spokój. Przecież nie będę „brał” pierwszej lepszej oferty….. Robi się mały ruch, jest i komunikat, że za chwilę prom przybije do wyspy Astypalaia. Zbieramy się powoli, szczególnie ja. Umyśliłem sobie, że Astipalaia to ostatnia wyspa, do której zawija prom, więc ….po co się śpieszyć, zwłaszcza, że mamy dwie duże walizy, plecak i jeszcze jakieś torebki. Z tego odrętwienia wyrwał mnie widok biegnącej w moim kierunku żony, i wykrzykiwane w biegu słowa: „ pośpiesz się bo prom już odpływa”…. Poobijałem sobie nogi walizą taszcząc ją po schodach (do góry były ruchome) w dół za biegnącą żoną. Wypadamy na nabrzeże. Na nim kilka osób, jakieś trzy, cztery samochody. Z „obcych” tylko my. Uspokajam żonę. Jest zdecydowanie podenerwowana, szczególnie po tym, jak odesłałem jedyną taksówkę, jaka była na nadbrzeżu. Idę do oświetlonego budynku, podejrzewając, że jest to jakaś poczekalnia. Jest lepiej. To poczekalnia z barem. W rogu siedzi z opuszczoną głową stary już Grek, pewnie tutejszy. Zasłuchany we własne myśli nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi. Za ladą baru krząta się jakaś kobieta. Uspokajam się jeszcze bardziej, gdy widzę, że to jakaś „jaśniejsza” i jeszcze młodo wyglądająca Greczynka. Pytam po angielsku o pokoje do wynajęcia, jakiś hotel, jak dostać się do Chory (głównego miasta). Odpowiada mi po grecku – i bardziej się domyślam, niż rozumiem, że ona nic nie rozumie. Nie mam czasu na dłużą „konwersację”, bo za oknem widzę coraz bardziej przerażoną żonę, patrzącą jak pustoszeje nadbrzeże i zostajemy prawie sami. Wychodzę szybko na zewnątrz i też już niespokojnym wzrokiem rozglądam się dokoła po ciemnych zboczach gór. Oprócz kilku lamp na nadbrzeżu (bo jakoś trudno to nazwać portem) wokoło ciemność. Nagle dostrzegam naszą „znajomą” Greczynkę z promu. Zagaduję coś do niej, ale i bez rozumienia słów wiadomo o co mi chodzi. Kiwa głową i wskazuje na busa Volkswagena. To przyjechał po nią, jej mąż – Nikolas. Ona – Marija. Mają Studios „Anixi” w Livadi. To znaczy – mają pokoje do wynajęcia. Nikolas pomaga nam zapakować się do środka. Upychamy nasze bagaże z tyłu busa, a żonie wyjaśniam, że musimy się gdzieś „załapać” w środku nocy, a jutro zobaczymy.
|