Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Europa arrow Chorwacja arrow Chorwacka przygoda po raz pierwszy :-)
Advertisement

Foto wypady


Kalifornia
Chinatown
 

Hangzhou
hangzhou_5.jpg
 

Galeria Kreta 2005
Kreta - Chania
 

Galeria Kreta 2005
Kreta Heraklion foto 3
 

Tatry
Odpoczynek

Logowanie

Gościmy

Aktualnie jest 196 gości online
Chorwacka przygoda po raz pierwszy :-) PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 7
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Magdalena Witkowska   
wtorek, 08 styczeń 2008
Spis stron
Chorwacka przygoda po raz pierwszy :-)
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Image

Spróbuje wam opisać naszą pierwszą przygodę z Chorwacją w 2006 roku....

Cały wyjazd odbył się w październiku, niestety nie mogliśmy wyruszyć wcześniej na urlop z różnych względów. Tak więc prawie całe lato były przygotowania, korespondencja z dziewczynami od kwatery, co i jak, ustalenia końcowe. Cały wyjazd trwał dwa tygodnie. Uczestnicy wyjazdu: ja, mąż Michał, nasz pies Fidżi i dziewczyny z kwatery - Ania i Zuza.

Image06.10.2006
Piątek - ostatni dzień w pracy przed wymarzonym wyjazdem na urlop. Wszyscy już po urlopach, opaleni, piękne zdjęcia, wspomnienia - a my co? A my po pracy szybciutko w zapakowany od wczoraj samochód i w drogę!!!! Oczywiście nie zapomnieliśmy o psie. Ona była szybciej w samochodzie niż my. Pierwszy postój w Tychach, u znajomych przenocujemy, żeby w sobotę już było bliżej. Trasa katowicka akurat tego dnia była nieźle zakorkowana, staliśmy ze trzy razy w korkach, więc droga do Tych się lekko dłużyła. A ponieważ z W-wy ja prowadziłam, oczywiście moja druga połowa stwierdziła, że to moja wina, że są korki na trasie. No, bo tak niefortunnie zawsze na mnie trafiają... nie tylko w Polsce. Ale do rzeczy... Nocleg w Tychach odhaczony....

07.10.2006
Wyjechaliśmy z opóźnieniem 1,5 h według planu, jak to bywa u znajomych. Na szczęście to sobota to i ruchu dużego nie było na drodze. A przed nami w planach zwiedzanie Budapesztu. Z Tych skierowaliśmy się 1 na Bielsko-Białą, a potem na Żywiec i do granicy Słowackiej. Do Słowacji wjechaliśmy około 12.30. Droga była raczej pusta, piękne górskie widoki. Słoneczko nam świeciło, widać już było, że jesień się zbliża. W końcu to początek października. Po drodze minęliśmy zamek Orawski. Udało nam się z drogi zrobić zdjęcie tej pięknej twierdzy z XVI wieku. Położona na szczycie góry widoczna jest z daleka. Granicę węgiersko - słowacką przekroczyliśmy około 15.30. Chcieliśmy od razu na granicy kupić winietę, ale nie było. Udaliśmy się więc w stronę Budapesztu oraz w poszukiwaniu stacji benzynowej. Po jakimś czasie dostrzegliśmy stacje Shela. Zjechaliśmy na nią i tam udało nam się kupić winietę na autostrady węgierskie. Jednocześnie zrobiliśmy sobie krótki postój, aby coś zjeść. No i Fidżi musiała troszkę się wybiegać po całym dniu w aucie. Jak przystało na prawdziwych podróżników rozłożyliśmy sobie kocyk na trawce i zrobiliśmy piknik. Było bardzo wesoło i miło. Po zjedzeniu kanapek, krótkim odpoczynku i nabraniu sił udaliśmy się w dalszą drogę do stolicy Węgier.Do miasta dojechaliśmy około 17.30. Troszkę błądziliśmy po mieście, ale udało nam się autostradą M3 dojechać na drugą stronę miasta za Dunaj i skierowaliśmy się pod Wzgórze Zamkowe. Po drodze zaparkowaliśmy na chwilkę na ulicy i udało nam się zrobić piękne zdjęcie parlamentu w zachodzącym słońcu.Następnie udaliśmy się w dalszą drogę po mieście. Zaparkowaliśmy na parkingu obok mostu Łańcuchowego i udaliśmy się w stronę wzgórza. Nie chcieliśmy ryzykować zwiedzając drugą stronę Budapesztu, bo w tym czasie były niezłe zamieszki na Węgrzech. Tak więc zdecydowaliśmy się na zapoznanie z tym pięknym miastem tylko na Wzgórzu Zamkowym. Ale będzie pretekst, aby tu jeszcze przyjechać.... Ponieważ to już niestety październik, to bardzo szybko zrobiło się ciemno, dzięki czemu można było porobić parę ładnych ujęć nocnych. A że do tego mały statywik zawsze w torbie aparatu to i nawet niektóre mi ładnie wyszły....Wracając do zwiedzania - Fidżi dzielnie razem z nami wspinała się na wzgórze, chętna do spaceru po całym dniu w aucie. Budapeszt zrobił na nas wrażenie - ładnie tu. Kiedyś wrócimy na dłużej. Pochodziliśmy trochę po wzgórzu, zajrzeliśmy do kościoła Św. Macieja, poszliśmy na baszty rybackie i zanim doszliśmy do samochodu poszliśmy jeszcze na most Łańcuchowy, aby popatrzeć na oświetlone wzgórze od strony Dunaju. Potem udaliśmy się do samochodu i w drogę!!!!Zanim wyjechaliśmy z miasta podjechaliśmy do McDonalda, żeby zjeść coś ciepłego. Znając to co jest u nas zamówiliśmy sobie jedzonko, ale niestety mój wieśmak okazał się tak pikantny, że nie dałam rady go zjeść!!!! Nawet Michał ledwo go dokończył. No cóż - Węgry to Węgry, lubią na ostro, ale żeby w McDonaldzie też nie można było zjeść tego, co się lubi... Mamy nauczkę na przyszłość, żeby pytać. Chociaż akurat trafiłam na kasjera, co ani be, ani me po angielsku, tylko po madziarsku.... I dogadaj się tu z nimi człowieku.
Po wypiciu dużej ilości wody i ostudzeniu mojego pragnienia po ostrym wieśmaku skierowaliśmy się na autostradę w kierunku Balatonu i na Zagrzeb. Tej nocy nad Balatonem strasznie wiało, zastanawialiśmy się czy nas nie zdmuchnie. Kawałki drzew latały po drodze, w koło było ciemno jak w... wiadomo gdzie, a my oboje w drodze. Na szczęście po oddaleniu się od Balatonu wiatr ucichł. Do granicy z Chorwacją dojechaliśmy po północy i stwierdziliśmy, że teraz jest pora, aby się chwilę przespać. Mamy duży samochód to można było przysnąć. Minąwszy granicę węgierską zdziwiliśmy się jedynie, że nie ma żadnego parkingu, toalet, itp. po stronie chorwackiej, ale podjechaliśmy pod jakąś lampę i poszliśmy spać. Koło 3 w nocy zastukał do nas w szybkę celnik węgierski i machał, że mamy odjechać. No to my tacy zaspani stwierdziliśmy, że sobie podjedziemy kawałek dalej i znów pójdziemy spać. A tak w ogóle to czemu się doczepił do nas Węgier na stronie chorwackiej? No nic - odpaliliśmy brykę i wolnymi ruchami podjechaliśmy pod górkę, a tam - normalnie nam odjęło mowę... kawałek dalej była granica chorwacka. Ha ha ha ha, ale z nas wariaty!!! Spaliśmy pomiędzy krajami!!! Ha ha ha - tak to jest, jak w Unii jest tylko jedna granica, już się nie pamięta, że kiedyś były dwie, nasza i sąsiadów. Lepszy widok mieli Chorwaci - tacy zaspani, w kocach przykryci, granice przekraczają... Ciekawe, co sobie pomyśleli? Kazali bagażnik otworzyć - a tam wszystko równo po sufit ułożone, więc darowali sobie sprawdzanie, zapytali gdzie - a my na to że wakacje! Drugie zdziwienie na twarzy zobaczyliśmy - teraz? no tak, niestety dopiero teraz sobie pomyśleliśmy....
Po stronie chorwackiej był zajazd, toalety parking i stacja benzynowa. Już nam odechciało się spać, więc doprowadziliśmy się do ładu, zatankowaliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę. Przed nami Plitwice!!!
Autostradą na Zagrzeb, potem dalej na Split i skręt na starą jedynkę w Karlovacu. Pod Plitvice dojechaliśmy około 7.30, po drodze wcześniej się zamieniliśmy za kółkiem, więc jak na miejsce dotarłam, to Michał i Fidżi smacznie spali. Biorąc z nich przykład jeszcze na chwilę zmrużyłam oczy, bo i tak wszystko było zamknięte....

08.10.2006
Powiedzmy, że się przespałam. Przed 9 pies domagał się wyjścia na zewnątrz, więc wypadło na mnie. A ja już powoli zgłodniałam to i Michała obudziłam na śniadanko. Dobrze, że było gdzie to śniadanko zjeść - ławy przy restauracji. Niestety czuło się, że po sezonie, bo wszystko pozamykane z rana. Jedynie toalety otwarte - o zgrozo! Na narciarza!!! Czasy mazurskie mi się przypomniały, jak pod namiot się jeździło...
Na śniadanie kuchnia serwowała pyszny pasztet podlaski z puszki, do tego chleb tostowy (tak od dwóch dni), mniam mniam.... Ciepłej herbaty nie było, bo zamknięta knajpka. Fidżi też zjadła, ale jej to wszystko jedno, czym popija swoje chrupki.
Kupiliśmy bilety i udaliśmy się w stronę "kolejki". Fidżi znów zadowolona, że gdzieś idzie. Jeszcze nie wie, co ją czeka!!! Niestety ze względów czasowych musieliśmy wybrać krótszą opcję zwiedzania, tylko 4 h, bo jeszcze do Zivogosce dojechać trzeba było o normalnej godzinie.
Pan kierowca z "kolejki" tak szybko jechał, że tylko czekaliśmy, kiedy w przepaść spadniemy. A ja jeszcze po prawej stronie siedziałam, to nic tylko strach w oczach, co jakiś czas się pojawiał. Na szczęście dojechaliśmy cali do miejsca wysiadki. Uff, jak dobrze.
Jeziora - piękne!!!! Strasznie nam się tam spodobało. I do tego jesienna aura też swoje robiła. Fidżi też była bardzo zainteresowana, co tam pływa, tym bardziej, że widać było wszystko, co się rusza...Pogoda trochę się poprawiła od rana, bo zanosiło się na deszcz, ale na szczęście wychodziło, co jakiś czas słoneczko. Spacerowaliśmy sobie podziwiając widoki, Fidżi nam notorycznie chciała włazić do wody, ale ona pływać nie umie, to trzeba było ją pilnować. Tłumów nie było to i można było nie spiesząc się robić zdjęcia po drodze. Statyw znów spełnił swoje zadanie. Jesteśmy nawet razem na zdjęciu! Co jakiś czas naszym widokom ukazywały się coraz to piękniejsze wodospadziki ukryte gdzieś w zieleni, skałach czy Bóg wie gdzie...Zachwyciliśmy się tym pięknym krajobrazem jezior, ale powiem szczerze, że pod koniec łazikowania nie miałam siły wejść pod górę, co by na parking dojść. Pies również zarzucał tyłkiem - ona tak ma jak jest zmęczona. Chyba pójdzie spać podczas drogi. Gdy już doszliśmy na parking ruszyliśmy w dalszą drogę starą "jedynką". W niektórych momentach widoki były smutne dość, bo miejscowości opuszczone, puste domy, zero ludzi. Taki smutek wiał w koło... Doszliśmy do wniosku, że to pewnie po wojnie takie opustoszenia. Na szczęście krajobraz szybko się zmieniał i nagle było pełno ładnych chmurek na niebie.W pewnym momencie Michał stwierdził, że mu się oczy zamykają, więc ja znów wsiadłam za kółko. Pewnie od tego kręcenia raz w prawo raz w lewo go już znużyło... Nic to, za Splitem się zmienimy. Mnie się jechało całkiem, całkiem, ale też powoli czułam zmęczenie, brak porządnego snu, itp. Na całe szczęście powoli zbliżaliśmy się do Splitu, bo już dwu pasmówka się zaczęła, i można było troszkę przyspieszyć. Wpadłam w rytm mijających mnie samochodów, więc całkiem szybko moim oczom ukazała się panorama Splitu i morze!!!!! I na dodatek było ciepło!!!!!
Więc krzyczę do męża: "Kociu, zobacz, widzę morze! Dojechaliśmy! Zobacz!" A co na to małżonek - spokojnie sobie chrapał! I niestety ominął go cudowny widok, który tak na mnie zadziałał, że od razu siły wróciły na swoje miejsce i już lekko mi się dalej jechało. Niestety nie mogłam zrobić zdjęcia, bo aparat z tyłu, ja za kółkiem, a maż chrapał... Może następnym razem....
Gdy już znalazłam się na drodze do Makarskiej moje szczęście było jeszcze większe - zobaczyłam palmy, kolorowe kwiaty, i morze przy samej drodze!!!!! Wtedy do mnie dotarło, że jestem na urlopie!!!!! Ach, co to było za szczęście. Szkoda tylko, że nie miałam się z kim tym podzielić. Pozostali członkowie wycieczki spali. A moja energia podpowiadała mi, że nawet do Zivogosce dojadę, już nie jestem zmęczona, już jest super!!!!



Ostatnia aktualizacja ( wtorek, 08 styczeń 2008 )
Następny >