|
Strona 7 z 7  Po prostu Petronas Twin Towers! Bliżej nieba :) (2007-10-09) Od ponad tygodnia przebywamy w Malezji. Wjazd do Malezji, jak już wspomnieliśmy był dosyć spontaniczny. Już po przekroczeniu granicy dało się zauważyć różnicę – piękna, szeroka autostrada z idealnie wystrzyżonym pasem zieleni, spowodowała że kierowca chyba tylko raz w ciągu trzech godzin użył hamulca :) Pierwszym miejscem naszego pobytu w nowym kraju była wyspa Penang. Niewiele miała wspólnego z wyspą, którą opuściliśmy tego samego dnia. 30-pietrowe wieżowce otaczały nas z każdej strony a miasto ogólnie bardziej przypominało Singapur niż jakąś wysepkę :) Na początku przeżyliśmy lekki szok – mieszanka ras, mieszanka wyznań... z Islamem na czele – było całkiem inaczej niż w Tajlandii. Jeszcze w dniu przyjazdu postanowiliśmy sprawdzić specjały tutejszej kuchni – po zakupie dziwnej potrawy zawiniętej w gazetę (jakieś kluski, jajko i warzywa) zgodnie uznaliśmy, że spora cześć jedzenia pójdzie do kosza. Jedzenie było tak tłuste i słone, że nie dało się tego jeść (mimo, iż byliśmy naprawdę głodni). Wypadałoby teraz wspomnieć o miejscu w którym mieszkaliśmy. Trafiliśmy do tego miejsca przez przypadek i w obliczu nadchodzącej nocy po długiej trasie... było to jedno z nielicznych miejsc które o 23:30 było otwarte. Ku naszej uciesze rano okazało się, że mieszkamy w... PIEKARNI. Budynek był dosyć dziwnie skonstruowany – po przejściu krętego korytarza na pierwszym piętrze dochodziło się do naszego pokoju. Po otwarciu okiennic okazało się, że mamy okno z widokiem na wnętrze budynku, a na dole tuż przed nami wyrabiało się ciasto na przeróżne chleby... :) Trzeba przyznać, że chleby były naprawdę pierwszorzędne! Przypominały najlepsze chleby na świecie, czyli te z Polski :) Któregoś razu piekarz zapytał nas skąd jesteśmy. Po usłyszeniu odpowiedzi powiedział, że w Polsce piecze się bardzo dobre chleby stosując tradycyjne metody wypieku :) Nie wiemy czy mówił szczerze, czy mówił tak każdemu ale według nas miał rację :) Tak czy inaczej chleb "spod podłogi" stal się naszym powszednim, który dekorowaliśmy tuńczykiem lub masłem orzechowym :) Nie dało się tego porównać do tłustych potraw z ulicy :) Penang opuściliśmy w nocy – na pokładzie superautobusu do Kuala Lumpur. Trudno porównać miejsce w takim autobusie do czegokolwiek z Polski – można było to nazwać tronem z rozkładanym oparciem, a to wszystko za niewiele ponad 20 złotych za kilkaset kilometrów jazdy :) Do stolicy Malezji dotarliśmy w okolicach 5 nad ranem. Ku naszemu zaskoczeniu działo się tu całkiem sporo, a ze znalezieniem naganiacza na nocleg nie było żadnego problemu – wręcz przeciwnie :) Jeden taki tak się do nas przyczepił, że... ostatecznie wylądowaliśmy w jego Guest Housie. Za całkiem rozsądne pieniądze mieszkaliśmy w bardzo czystym i strzeżonym miejscu. Tego samego dnia, po kilku godzinach snu, byliśmy w drodze do naszego WIELKIEGO celu – Petronas Twin Towers, czyli pary największych wież na świecie :) Po dotarciu na miejsce – oczywiście bez mapy bo budynek widać prawie z każdego miejsca w mieście – dowiedzieliśmy się, że nie da się wjechać na najwyższe piętra (np. najwyżej jest położone piętro z numerem 88), a turyści mogą wjechać tylko i wyłącznie na most widokowy zawieszony na 41 i 42 piętrze. Złych wiadomości nie było końca – tego dnia nie było już biletów (są darmowe, ale trzeba je odebrać wczesnym rankiem). Gosia nie dawała za wygrana – to były urodziny Pawła i był to całkiem niezły pretekst żeby wzbudzić litość u pani od biletów. :) Pani odpowiedziała, że czasami, bardzo bardzo rzadko, zdarza się że ktoś nie przychodzi na daną godzinę i są dodatkowe miejsca. Zaznaczyła jednak, że nie ma żadnej gwarancji i że możemy czekać kilka godzin na marne. Postanowiliśmy czekać. Nie nudziliśmy się ani trochę – specjalnie przygotowana poczekalnia umilała nam czas materiałami informacyjnymi o budowie wież oraz łamigłówkami, które "rozpykaliśmy" ku uciesze i zdumieniu pozostałych turystów :D Szczęście uśmiechnęło się do nas bardzo szybko – po ok. 40 minutach mieliśmy już bilety "ku niebu" ;) Po 42 sekundach podróży windą byliśmy na 41. piętrze kolosa :) Wznieśliśmy się na wysokość170 metrów nad ziemią (wieże mają po 452m):) Zmasakrowani widokiem zjechaliśmy na dół i udaliśmy się do centrum handlowego zintegrowanego z budynkiem. Centrum handlowe potwierdziło zapiski wyczytane w internecie, mówiące o tym że jedną z trzech najważniejszych rzeczy dla mieszkańców Malezji są zakupy. O budynkach i samej firmie Petronas można pisać godzinami – nie da się ukryć, że firma zrobiła na nas ogromne wrażenie. Jedną z atrakcji, którą Petronas przygotował dla zwiedzających były dwa piętra rozrywki połączonej z nauką – dla dzieci i nie tylko. Mimo opłaty postanowiliśmy wykupić cały pakiet, obejmujący dwie trasy – w tym jedną związaną z Formulą 1. Całość przeszliśmy w 4 godziny wypełnione atrakcjami :) Petronas Twin Towers nie są jedynym obiektem wybijającym się ponad (i tak wysokie) budynki. Drugim z nich jest wieża telekomunikacyjna – KL Tower, mierząca 421 metrów. Mimo dosyć wysokiej ceny za bilet udaliśmy się na punkt widokowy, zawieszony na 276. metrze! W kilkadziesiąt sekund znaleźliśmy się na górze – winda co kilka sekund dodawała kolejne 50m na wyświetlaczu :) Ponad 270 metrów to niemało, ale sama wieża wybudowana jest jeszcze na ogromnym wzniesieniu, co oznaczało że w zasięgu wzroku mieliśmy sam szczyt Petronas Towers! Widoki naprawdę robiły wrażenie, a sama wysokość budziła respekt... W Kuala Lumpur zostajemy do 10. października, aby przenieść się do ostatniej (poza Singapurem) miejscowości przed odlotem – Malakki.  Widok z mostu pomiedzy wiezami (41/42 pietro) Ostatni dzień w Malezji... przedostatni w Azji :( (2007-10-13) Wierzyć się nie chce, że już jutro wsiądziemy do autobusu zmierzającego do Singapuru. Nocleg w Singapurze nie wypalił, gdyż Neil znajduje się obecnie w Wietnamie:) Poczekamy więc na lotnisku Changi około 10 godzin i wzbijemy się w przestworza. Mamy nadzieję, że nasz bagaż bezproblemowo przejdzie kontrolę i nie zostanie uznany jako przejaw drobnego przemytu dóbr wszelakich :) Obecnie przebywamy w Malacce nad samą cieśniną Malakka. Bilety do Singapuru kupiliśmy w czwartek, i jak się okazało, był to ostatni moment kiedy były jeszcze miejsca na niedzielny autobus! Godzinę później mogłoby się okazać, że nie mamy jak dostać się na lot do domu! Jest to naprawdę zdumiewające, gdyż autobusy do Singapuru odjeżdżają stąd co godzinę przez cały dzień! Tak czy inaczej – mieliśmy sporo szczęścia. :) W nocy z niedzieli na poniedziałek (kiedy w Polsce będzie dopiero 21.00) wsiądziemy do pierwszego samolotu. Wczesnym rankiem w Dubaju zmienimy samolot i ruszymy do Hamburga. Kilka godzin w Hamburgu powinno zlecieć błyskawicznie, wczesnym wieczorem wsiądziemy w autobus do Gorzowa, z którego – o ile dobrze się ułoży, wysiądziemy zaraz po przekroczeniu granicy. Nasza podróż będzie trwała ponad 48 godzin... Dzisiaj będziemy ważyć nasz bagaż – kawałek po kawałku, gdyż rzecz jasna jedyną wagą jaką dysponujemy jest waga kuchenna :) Ostatnio ważyliśmy go w Bangkoku – wtedy ważył 51 kg (bagaż główny!), czyli o 11 kg za dużo :) Jak będzie teraz? Na pewno miejsce ostatniego noclegu obdarujemy prezentami :) Będąc w supermarkecie chcieliśmy nawet kupić wagę. Dobrze, że się wstrzymaliśmy, bo zobaczyliśmy w naszym guest housie malutka wagę (do 4kg), której użyjemy do oszacowania skali naszego problemu :) Czeka nas dłuuuuga podróż... * * * Problemy pojawiły się już na początku podróży, przy przekraczaniu granicy malajsko – singapurskiej. Okazało się, że nie można wwozić alkoholu i tytoniu drogą lądową do Miasta Lwa. My natomiast mieliśmy przy sobie piwo Beer Lao, które kupiliśmy w Laosie. Po krótkiej rozmowie z celnikiem i przyrzeczeniu, że już więcej nie będziemy „przemycać” piwa (o ile przewóz jednej butelki można nazwać przemytem) zostaliśmy puszczeni, bez ponoszenia kary pieniężnej w wysokości 200 dolarów singapurskich (ok. 400zł). Odprawa na lotnisku przebiegła zdecydowanie po naszej myśli... Wbrew naszym oczekiwaniom nie mieliśmy problemów z wagą naszego bagażu. Okazało się, że linie lotnicze Fly Emirates na niektóre trasy, dają ograniczenie na bagaż główny w postaci 30 kg, a nie 20 – tak jak zapewniał nas pracownik biura Fly Emirates w Kuala Lumpur. Reszta podróży przebiegła bezproblemowo... Do Polski dotarliśmy o 3 nad ranem 16 października 2007 roku, po pięćdziesięciu godzinach „jazdy”. Spaliśmy zaledwie kilka godzin, gdyż nie mogliśmy się doczekać polskiego jedzenia, rozmów z rodziną i znajomymi itd. Następnego dnia nastąpił szybki powrót do rzeczywistości – pojawiliśmy się na uczelni... nasza trzymiesięczna podróż po krajach Azji Południowo-Wschodniej dobiegła końca. Małgorzata Seńków i Paweł Jędrzejczak
|