Menu Content/Inhalt
Rumunia 2006 PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 10
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Zbróg Norbert   
poniedziałek, 28 maj 2007

ImageWyprawa do Rumunii samochodami
terenowymi - Rumunia Trek 2006

{
 
 
SAMOTRZEĆ - ja, Karol i Szpera

Wjeżdżamy na teren Rumuni, niedzielnym rankiem 25 czerwca przez przejście graniczne w pobliżu miasta Oradea. W planie około 2 miesięcy wędrówki. Pierwsze dni - poprzez góry Craului i góry Vladesa docieramy do gór Bihoru. Po drodze zaliczamy liczne tu jeziora wraz z Draganem i imponującą zapora dzięki której powstało to fantastyczne górskie jezioro.
Bihor - tu między innymi wjeżdżamy na Cucurbata Mare /1848/ aby potarzać się w śniegu. Wszak śnieg w lipcu przy temperaturach powyżej  30 *C jest atrakcją której odpuścić nie potrafię. Szwendając się dalej po Bihorze, szukając nowych wrażeń i odświeżając zeszłoroczne, penetrujemy kilka jaskiń oraz kilka starych nie eksploatowanych obecnie kopalni. Zaliczamy tez okolice Avram Ianku i pobliski, a ważny dla Rumunów szczyt Cain Cruise /1446/. 
Ruszamy dalej, góry Gilauli, góry Metalifrei wpadamy na zakupy do Devy  - warto przelecieć się przez ruiny zamczyska górujące nad tym miastem. Z Devy robimy wypad do Aradu, głównie z powodu twierdzy - by na miejscu dowiedzieć się, że twierdza jest niedostępna gdyż nadal jest obiektem wojskowym. Za to po drodze penetrujemy ruiny /bardzo malownicze/ zamku w Soimos.    Wracamy do Devy i kierujemy się w przepiękne Sureany.
Pniemy się od zachodniej strony pod schronisko na Prislopie, dalej szwendamy się po połoninach, goszczeni jesteśmy w pasterskiej kleci. Karmieni ciorbą na mleku z serem i chlebem w składzie o smaku i konsystencji zbliżonej do fondii. Klecia to pasterski dom na lato. Jedna izba z ogniskiem na środku, to kuchnia i sypialnia w jednym. Prycze obłożone skórami, kotły i kociołki wiszące u powały lub nad ogniem. Druga większa, widniejsza i czyściutko wyszorowana to miejsce robienia i magazynowania serów i czego tam jeszcze nie robią.
Z Sureanów przez góry Candrel jedziemy do Sibinu, w tej chwili odpuszczany Sibin - znany nam z zeszłego roku a i zaplanowany na przejazd z grupą w późniejszym terminie. Niemiłosierny upał zniechęca nas nawet od czynienia jakichś większych a koniecznych przecież zakupów żarciowych. Mkniemy więc do gór Fagaras, które lekko zahaczamy w ich północnej części. Tu "odbywamy" zaplanowany odpoczynek. Miało być tak: dwa noclegi w jednym miejscu, jakieś pranie, klar na pokładzie naszego ryndza. Leżenie do góry kołami. Kąpiele w rzece itp. Skończyło się na jednym noclegu, praniu i porządkach a potem, około 17 stwierdziliśmy z Karolem,
że "zdychniemy" tu z nudów i koniecznie należy ruszać w dalszą drogę.
To się nazywa amok.  Wjeżdżamy w obszar w którym w licznych wioskach występują licznie, liczne* kościoły warowne oraz chłopskie zamki. Słowem kierujemy się na północ w kierunku Sighisoary. Stan wspomnianych kościołów i chłopskich zamków jest b. różny. Od przygotowanych do zwiedzania, przez takie które organizują zajęcia dla młodzieży, do takich które samotne i opuszczone "świecą" liszajami bezlitosnego czasu. Poza wrażeniami z ww budowli, okolica mimo sympatycznych widoków łagodnych wzgórz i malowniczych wiosek jest mało ciekawa, szczególnie przy takich upałach. Wszystkie rzeki wyglądają jak błotniste ścieki, a potoki oferują wyłącznie ślad po swoim istnieniu. Okolica ta zyskała u mnie miano doliny śmierci..., wszystko przez to, że nie było gdzie schładzać ciężko dyszącego psa. Sighisoarę przelatujemy z powodów identycznych jak Sibin. Wjeżdżamy w Hargity i jak zwykle tradycyjnie tu: leje, burze, i znów leje.
Niestety, Hargity za niedługo /w dolinach/ będą stracone. Setki powstających jeden na drugim domków, płoty, siatki, zasieki z drutu kolczastego..., chyba wiemdlaczego nie lubię tych gór. Unia funduje to, unia funduje tamto. Węgierskość wypiera Rumuńskość, w brzydkim stylu, ale to oddzielny temat. Na szczęście jest tam jeszcze odkryty przez nas /i dla nas/ zakątek nazwany rajem. Z Hargitów kierujemy się przez Georgheni do gór o nazwie Giurgeu. Dalej wjeżdżamy w góry Hasmas. Zahaczamy o Bicaz Chej /strasznie jest bo wypadło to w niedzielę - o czym zresztą nie wiedzieliśmy/ uciekamy stamtąd w te dyrdy kierując się góry Tarcauli i góry Bodok oraz do Brasowa. 
   Brasow, przez upały, psa i niechęć do tłumów zwiedzamy nocą. Jest piękny. Jeszcze piękniejszy /dla mnie/ jest pobliski zamek w Rasnowie. Kierujemy się w góry Bucegi. Bucegi witają nas lekkim ochłodzeniem, czasami nawet coś jakby popadywało. W Bucegach spindramy się na szczyt o nazwie Costila /2495/. Szwendamy się trochę po reszcie Parku Narodowego. Jak na nasz gust u podnóża gór za dużo cywilizacji.  Brasow, przez upały, psa i niechęć do tłumów zwiedzamy nocą. Jest piękny. Jeszcze piękniejszy /dla mnie/ jest pobliski zamek w Rasnowie. Kierujemy się w góry Bucegi. Bucegi witają nas lekkim ochłodzeniem, czasami nawet coś jakby popadywało. W Bucegach spindramy się na szczyt o nazwie Costila /2495/. Szwendamy się trochę po reszcie Parku Narodowego. Jak na nasz gust u podnóża gór za dużo cywilizacji.
 
 

| 

 

Ostatnia aktualizacja ( wtorek, 26 czerwiec 2007 )
< Poprzedni   Następny >