| Wyprawa rowerowa |
|
|
|
| Nadesłał Arkadiusz Samulak | |
| środa, 25 kwiecień 2007 | |
|
Było to w lipcu razem z kolegą postanowiliśmy wybrać się na wyprawę rowerową po Europie Starannie się przygotowaliśmy do tej wyprawy gdyż była to wyprawa rowerowo biwakowa. Spaliśmy pod namiotem w cieplutkich śpiworach. Oczywiście były tez obowiązkowo kaski na głowę. Wyjechaliśmy z Kalisza z zapakowanymi rowerami chyba każdy miał ze 30 kg dobytku na bagażniku. Straszny ciężar – nie polecam nikomu jazdy z takim obciążeniem. Większość wagi stanowił sprzęt i ubrania oraz oczywiście zupki w proszku itp. produkty żywnościowe. Początkowo gdzieś tak przez parę dni robiliśmy po 50 km dziennie i tak zajmowało nam to parę godzin. Codziennie szukaliśmy nowego noclegu. Było to przeważnie miejsce odludne gdzieś nad rzeką. Wedle starej zasady im dalej od ludzi tym bezpieczniej. Nieraz spaliśmy w środku lasu bo tam przeważnie nikt w nocy się nie kręci (stare nawyki z górskich wyjazdów). Pierwszym naszym celem było wyjechanie z Polski. Co sami rozumiecie sprawia dużą trudność ze względu na tragiczne drogi oraz „wysoką kulturę naszych rodzimych kierowców”. Jako że rowery tę są dosyć dziwnej konstrukcji więc rzucały się bardzo w oczy . Niestety muszę przyznać że najwięcej jakiś kąśliwych uwag mieliśmy w Polsce jako że ciemnota i głupota jeszcze króluje w tym kraju. Granice przekraczaliśmy w Paczkowie. Celnicy bez problemu nas przepuścili jeszcze do tego parę razy przejechali się na naszych rowerach ku uciesze kolegów i innych osób przekraczających granice. No i byliśmy w Czechach. Od razu nam się spodobało choćby ze względu na jakość dróg i brak śmieci na poboczach. Widać inny kraj inna kultura. W pierwszy dzień rozbiliśmy się nad rzeką. Złowiliśmy dużo ryb na zwykły kij, szpilkę i kawałek znalezionej żyłki. Mieliśmy małą przygodę ze służbą graniczną ponieważ nie wiedzieliśmy że w terenach przygranicznych należy nosić paszport. Mój kolega Szymon poszedł do wioski do sklepu a tu straż graniczna go zaskoczyła i prosi o „pas” kumpel na to jaki pas o co im chodzi dopiero po wymianie paru zdań doszli do porozumienia. Bo chociaż język czeski nie jest trudny to niektóre słowa są dla nas niezrozumiałe ( no i jeszcze dochodzi stres do tego). W każdym bądź razie kazali mu wsiąść do samochodu i wskazać im miejsce obozowania. Zresztą nie chcieli mu uwierzyć, że przyjechaliśmy ze środkowej Polski rowerami. Gdy już wszystko się wyjaśniło i nas spisali to oczywiście nie mogli wyjechać z nad tej rzeki i trzeba było jeszcze ich pchać przez ten podmokły teren. Później był z tego niezły ubaw. W Czechach zwiedziliśmy Ołomuniec z piękną katedrą. Ludzie byli bardzo przyjaźni i ciekawi. Co jeszcze nas rozbawiło to radiowęzeł w wiosce. Czegoś takiego nigdy nie widziałem. Wjechaliśmy do czeskiej wioski w Niedziele a tam słupy z megafonami i śpiewają po czesku na całą wieś czy ktoś chciał czy nie musiał słuchać i tak przez kilka kilometrów. Było to bardzo zabawne jak z innej epoki. Czechy okazały się pięknym krajem z miłymi ludźmi i w miarę zrozumiałym językiem . Po Czechach przyszła pora na Słowacje gdyż postanowiliśmy zwiedzić Bratysławę (notabene bardzo polecam). Zwiedziliśmy parę zabytków praktycznie cały dzień jeżdżenia. Gdyż z reguły nastawiając się na zwiedzanie jakiegoś większego miasta zatrzymywaliśmy się dzień przed na peryferiach i od samego rana wyruszaliśmy na zwiedzanie. Z Bratysławy piękną ścieżką rowerową licząca ponad 60 km pojechaliśmy do Wiednia. Coś cudownego ścieżka biegła przez Wiedeński Park Narodowy który obejmował obszar rozlewisk. Oczywiście przed Wiedniem trzeba było gdzieś się przekimać niestety padło na park( co jest niezgodne z prawem i nie polecam ze względu też na dużą ilość komarów). Później był Wiedeń miasto bardzo przyjazne dla rowerzystów. Traktowani są tam jak święte krowy w Indiach. Sami byliśmy świadkami jak dziewczyna wyjechała z bramy na ulice praktycznie na nią nie patrząc samochód grzecznie się zatrzymał a pan w samochodzie nie był wzburzony i nie wykrzykiwał żadnych niekulturalnych wyrażeń. Pomimo iż Wiedeń jest pięknym i przyjaznym miejscem dla rowerzystów, to jednak jeżeli chodzi o finanse to trzeba by tam mieć po dwa worki pieniędzy zamiast sakw z ubraniami. Po pięknym Wiedniu przyszedł czas na Budapeszt równie piękny a za to tańszy. Niestety ten kto był to wie że dogadać się na Węgrzech, to wyższa szkoła jazdy. Kupując herbatniki w sklepie samoobsługowym nie wiadomo czy opakowanie zawiera żywność dla psa czy dla człowieka. Pogoda oczywiście była wspaniała jak to na Węgrzech co 500 m można było zakupić arbuza i z pałaszować go ze smakiem na miejscu. Jako ze do Budapesztu dojechaliśmy dosyć późno, to niestety nie było czasu znaleźć jakiegoś przyzwoitego miejsca obozowego i musiały nam wystarczyć peryferia miasta z jakimiś ruinami wyburzonego osiedla. Ale dało się przeżyć mimo zawodzenia miejscowych bywalców. W Budapeszcie spotkaliśmy polską rodzinę i mnóstwo wycieczek z Polski. No i od nich załapaliśmy trochę słownictwa. Z Budapesztu pojechaliśmy do Tokaju bardzo malowniczy zakątek. W każdym prawie domu winiarnia gdzie można skosztować domowych wyrobów winiarskich. Gorąco polecam tą miejscowość. Z malowniczego Tokaju podążyliśmy do Kosic na Słowacji. Tam dostaliśmy popalić gdyż rowery nasze nie były przygotowane na długie podjazdy a my razem z nimi. Więc trzeba było prowadzić rower po 2-3 godziny pod górkę a później 30 min szaleństwa przy zjeżdżaniu. Coś wspaniałego. Po przejechaniu Słowacji przekraczaliśmy granicę z Polska na przełęczy Dukielskiej. Już w Polsce spotkaliśmy małą grupkę rowerzystów coś ze 7- miu chłopa którzy jechali dookoła Polski i razem w 9-ciu jechaliśmy przez parę dni. Wspaniała brygada. I dalej do domciu do Kalisza. Ogółem zrobiliśmy 2 tyś 200 km. Rowery nie miały żadnej awarii, a my razem z nimi. Cała wyprawa natomiast zajęła nam około 1 miesiąca. W zasadzie była to jak na razie moja życiowa wyprawa. |
|
| Ostatnia aktualizacja ( sobota, 23 czerwiec 2007 ) |
| < Poprzedni | Następny > |
|---|


