| ŚLADAMI KRZYŻOWCÓW - ostatnia krucjata |
|
|
|
| Nadesłał Grzegorz Japoł | ||||||||
| niedziela, 18 luty 2007 | ||||||||
Strona 1 z 6 ![]() ![]() Meczet Kopuła na Skale 26.04.2004 (poniedziałek) - w Ammanie udaremniono zamach chemiczny przygotowywany przez al-Qaidę, mogło zginąć 80 tys. ludzi.
27.04.2004 (wtorek) - budynek misji ONZ w Damaszku płonie po ataku terrorystycznym. 28.04.2004 (środa) dwaj Palestyńczycy dokonują samobójczego ataku na izraelski autobus w Strefie Gazy... 30.04.2004 (piątek) - w takich okolicznościach wyruszamy na Bliski Wschód "Śladami Krzyżowców"... ![]() Krack des Chevaliers Zaczęło się całkiem niewinnie... Pomysł rzucony przy piwie - wyjazd stopem do Damaszku - Sebastian potraktował poważnie. Kupujemy przewodnik po Bliskim Wschodzie, firma spedycyjna obiecała transport tirem do Stambułu i tak "egzotyczna" idea stała się możliwa do zrealizowania. Ponad 900 lat temu tysiące mężczyzn, kobiet i dzieci wyruszyło by wyzwolić Jerozolimę. Jedni walczyli za wiarę, innych popchnęła tam chciwość, jeszcze inni szli dla przygody... powodów było zapewne tyle, co uczestników. Założyli tam państwa, stworzyli specyficzną kulturę, wybudowali zamki... ile z tych czasów przetrwało do dziś? To właśnie chcieliśmy sprawdzić. Ustalamy trasę - "Śladami Krzyżowców" - Turcja, Syria, Liban, jak się uda Jordania i Izrael. Już sam początek pokazał, że łatwo nie będzie. Widząc wielkość Stambułu dziś, nie trudno wyobrazić sobie jak wielka musiała być stolica Bizancjum już 900 lat temu i jakie wrażenie musiała wywołać na przybywających tu z zacofanej Europy (nic więc dziwnego, że czwartą krucjatę skierowano właśnie tu). Stambuł jak każde wielkie miasto, żyje własnym życiem. Tu po raz pierwszy daje się nam we znaki brak przewodnika po Turcji, wybieramy nienajlepszą opcję podróży dalej... Przepływamy Bosfor i koleją opuszczamy miasto - kierunek Iznik (Nicea) - dawna stolica Turcji i jednocześnie pierwsze oblegane przez krzyżowców miasto. Kiepskie miejsce oraz padający deszcz zniechęcają nas do łapania stopa - morale opada - wyprawa w założeniu miała głównie poruszać się stopem, a tu... autobus. Po jego opuszczeniu jednak łapiemy okazję - zagadujemy kierowcę, opowiadamy o nas, choć on z angielskiego zna zaledwie kilka słów. Tu poznajemy jedyne, a zarazem najbardziej przydatne tureckie słowo "dziękuję", którym "płacimy" za każde następne podwiezienie.
Iznik - niewielka miejscowość nad jeziorem Askaniańskim. Docieramy tu dość późno, pozostaje nam znaleźć miejsce do spania... Ruiny murów miejskich (tych obleganych przez krzyżowców) - zwłaszcza baszta, a w zasadzie to, co po z niej zostało, okazuje się być idealna. To, czy można w niej spać jest wielce wątpliwe, więc staramy się być cicho. Przejmujący wiatr i deszcz, a w szczególności bliskość domów i bogata historia miejsca sprawiają, że noc należy do ciekawszych na wyprawie. Rano wstajemy wcześnie. Pierwszym udanym etapem tego dnia jest ucieczka przed grupą dziewczyn składających nam oferty matrymonialne. Następnie zwiedzamy Iznik - bramy miasta, rzymski amfiteatr, zielony meczet... łapiemy kolejnego stopa. I zaczyna się zabawa... Cel to Kapadocja. Kierujemy się na Konye... ale zatrzymane przez nas auto jedzie do Ankary! (300 km w drugą stronę). Chwila zastanowienia - może być... Śmiejemy się - żaden plan do tej pory nie przetrwał dłużej jak 2 godziny. Ankara - szybkie przesiadki z busa do busa i na wylotówce łapiemy dalej... Auta mogą jechać wszędzie. Do Kapadocji mamy ponad 300 km, a pierwszy załapany TIR jedzie właśnie tam!!! - trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Prawie 670 km stopem w 12 godzin, bez wydania, ani grosza - chyba niezły wynik. |
||||||||
| Ostatnia aktualizacja ( niedziela, 06 maj 2007 ) | ||||||||





