Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Azja arrow Bliski Wschód arrow ŚLADAMI KRZYŻOWCÓW - ostatnia krucjata
ŚLADAMI KRZYŻOWCÓW - ostatnia krucjata PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 130
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Grzegorz Japoł   
niedziela, 18 luty 2007
Spis stron
ŚLADAMI KRZYŻOWCÓW - ostatnia krucjata
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6

I tu byli krzyżowcy - na naszej mapie mamy zaznaczony całkiem spory fort... szukamy, szukamy, aż opadamy z sił... Musimy odpocząć, a jak bardzo potrzebny jest nam odpoczynek, to już nie przekonamy się długo. Po chwili szukamy dalej i... jest! Na wzgórzu widać resztki muru. Wielkie nic (a raczej niewielkie) - od całkowitego rozczarowania ratuje jednak przepiękny widok na Petrę.

Wieczorem Sebastian czuje się źle. Kolejny dzień, to zaplanowany od początku wyprawy - dzień bezczynności na plaży w Aqabie! Niestety Seba jest chory... osłabiony i bez chęci do życia. Porzucamy więc pomysł odszukania "Wyspy Faraona" - także ufortyfikowanej przez krzyżowców. Oddajemy się nic nie robieniu... Odkrywamy, że osłabienie to, to "pamiątka" z Petry, a może jeszcze z Keraku - przegrzanie. Noc na plaży, dużo wody, kąpiel w chłodnym morzu i Sebastian wraca do żywych.
Stojąc na plaży w Aqabie po lewej stronie widać wybrzeże Arabii Saudyjskiej, a po prawej Izrael (Eljat) i Egipt (Tabę). Ponieważ upał jest nieznośny, postanawiamy przenieść się na plażę naprzeciwko - czyli do Eljatu w Izraelu.
Żegnamy ostatni na naszej drodze kraj arabski, wchodzimy na granicę, no i zaczyna się zabawa... - "Gdzie? Skąd? Dlaczego? Po co? Jak długo? Z kim?..." - pytaniom nie ma końca. Mały rentgen plecaków, potem kontrola osobista - moje buty zaszczycone są dwukrotnym prześwietleniem, bo coś w nich piszczy. Potem wypakowanie rzeczy i sprawdzenie nawet brudnych skarpetek... czyżby chcieli je zakwalifikować jako broń chemiczną? Cała "impreza" ok. 2 godzin, a potem czekamy... czekamy i czekamy...
- "Czy z naszymi paszportami jest coś nie tak?" - pytamy napotkanego oficera
- "Tak, byliście w Syrii i Libanie, a my z nimi jesteśmy stanie wojny. My nie wybieramy Wam miejsc do odwiedzenia - poczekacie 2, 5 może 10 godzin..." - okazało się, że moja wiza z Iranu też podpada... Po 4 godzinach czekania (w sumie 6) "security" oddaje paszporty mówiąc, że możemy wejść. Niestety dziewczyna od stempelków chcąc się wykazać, zaczyna od początku: "...a co robiliście w tych muzułmańskich krajach?" i sprawdzanie od nowa...

Wpuścili nas - w końcu mieliśmy powrotne bilety lotnicze i zaproszenie do Jerozolimy, nasze skarpetki okazały się bezpieczne, a rodowód 12 pokoleń wstecz nie wykazał żadnych palestyńskich przodków. Po takim przyjęciu odchodzi nam jednak ochota na cokolwiek. Dłuuugi spacer do Eljatu i sen na plaży, co ostatnio jest bardzo popularne. Spalone słońcem plecy jednak dbają o to bym się nie wyspał.
Eljat to kurort. Poza rafą koralową i turystkami ciężko o coś ciekawego - ale to właśnie stąd Renald wypłynął na Mekkę, więc trzymamy się tematu wyprawy. Jako, że kurort to wszystko jest drogie i szybko się zbieramy. Na dworcu po chwili przyzwyczajamy się, że prawie każdy oprócz nas ma swój karabin. Następny przystanek - Jerozolima.
Okazuje się, że nasz autobus przejeżdża przez terytoria okupowane - jednak poza drutami kolczastymi odgradzającymi drogę nie widać tu nic niezwykłego - jest bardzo spokojnie, a droga w większości prowadzi brzegiem Morza Martwego.

 

"..gdy krzyżowcy ujrzeli Jerozolimę, padli na kolana i zapłakali" - czytamy w kronikach. W naszym autobusie nie ma jednak miejsca na takie sceny. Już od pierwszego momentu w mieście czuć jego klimat. Może to nasza długa i nie najłatwiejsza droga potęguje to uczucie. Mieszkamy obok cytadeli - wieży Dawida, do bazyliki Grobu będącej największym pomnikiem architektury krzyżowców mamy kawałek, z okien widać także Meczet "Kopuła na Skale".
Bazylika Grobu i Bazylika Narodzenia, choć wielkie, są skromne. Dla przyzwyczajonych do pełnych przepychu kościołów w nawet najmniejszej polskiej wsi, ta prostota jest uderzająca. Są trochę zaniedbane, mogą zawieść kogoś, kto chce je tylko zwiedzić. To nie są miejsca do zwiedzania i nie ważne jak wyglądają... ich atmosfera jest nie do opisania. Ziemię Świętą trzeba odwiedzić - zobaczyć - "przeżyć" ją samemu.

 

Kolejne kościoły w kolejnych świętych miejscach. Ciekawe, że praktycznie żadne z nich nie jest pod opieką kościoła rzymsko-katolickiego - wszędzie spotykamy greko-katolików, Ormian, Koptów... - księży katolickich widzimy jedynie razem z wycieczkami.

Stare miasto to labirynt wąskich kamiennych uliczek, które zapewne niewiele zmieniły się od czasów krzyżowców, a może i Jezusa... Trzeba jednak pamiętać, że Jerozolima to święte miasto trzech wielkich religii. Droga krzyżowa (Via Dolorosa) prowadzi przez dzielnicę muzułmańską przeciskając się przez gwar bazaru. Zaledwie ruszamy od pierwszej stacji nad głowami rozlega się głos muezina zagłuszający śpiew franciszkanów - raz po raz mijają nas chasydzi w tradycyjnych żydowskich strojach - wszyscy żyją obok siebie.
Humorystycznym akcentem rywalizacji religii jest historia "Bramy Złotej". To nią do miasta ma wjechać Mesjasz. Z tego właśnie powodu muzułmanie zamurowali ją, urządzając przed nią cmentarz. Wierzą, że Mesjasz będzie z rodu kapłańskiego, a kapłanom nie wolno wchodzić na cmentarze. Żydzi nie przejmują się tym jednak, wierzą, że Mesjasz będzie z rodu Dawida i żaden cmentarz go nie powstrzyma.

Mniej śmiesznie jednak wygląda codzienność - w piątek droga prowadząca do meczetu Al-Aksa obstawiona jest co najmniej kilkoma oddziałami wojska. By wejść pod "Ścianę Płaczu" szczegółowa kontrola nas i bagażu. Chasydzi kiwający się pod nią jak zahipnotyzowani modlą się kontrastując z telefonami komórkowymi, gwarem rozmów całkowicie nieadekwatnym do miejsca i turystami w tekturowych jarmułkach. Wracamy tu wieczorem - rozpoczyna się szabat i turystom wchodzić nie wolno, ale wesołe "szalom" do ochroniarza sprawia, że ten wpuszcza nas bez problemów. Tym razem pod ścianę ciężko się dopchać - plac przy ścianie wygląda jak gigantyczne mrowisko. Teraz widać dokładnie jak ważnym miejscem dla izraelitów jest pozostałość świątyni Salomona.

Nazajutrz schodząc z Góry Oliwnej słyszymy straszliwy huk - "...co się dzieje? zamach?!" - biegający żołnierze, karetka i ktoś na noszach... - sceneria jak z wiadomości TV. Po chwili orientujemy się, że to "tylko" wypadek samochodowy.
Każde najmniejsze zamieszanie obserwujmy jak początek wojny - jednak totalnie nic się nie działo zarówno tu jak i w Betlejem (leżącym w Palestynie).
Okazuje się, że nie jest tu aż tak spokojnie. Nasz kolega Alex - jadąc z nami przez Jerozolimę pokazuje co chwila - "...ta kawiarnia wysadzona rok temu... w tamtej wysadziła się kobieta...", a życie toczy się dalej i jego uwagi brzmią wręcz nierealnie.

Nadchodzi ostatni dzień wyprawy. Z kilku propozycji wybieramy Akkę. Po trzygodzinnej jeździe - w chyba największym upale, jaki przyszło nam znosić - wysiadamy w mieście będącym po upadku Jerozolimy stolicą królestwa. Znajduje się tu "podziemne miasto", czyli odrestaurowane podziemia cytadeli Akki. Ciszę podziemnych sal refektarza templariuszy przerywają jedynie piski nietoperzy. Nadmorskie mury, stary port, tunel rycerzy zakonnych łączący ze sobą dwie części miasta... historia miesza się tu z dniem codziennym. Jest już późne popołudnie, jedziemy więc do Tel Avivu. Po drodze jeszcze tylko Cezarea. Zatrzymujemy się na kawę w kawiarni przy ruinach cezaryjskiej twierdzy - jednej z wielu zniszczonej przez Arabów, by krzyżowcy już nigdy tu nie wrócili. Po wyjściu z niej miłe zaskoczenie - nazywa się "Crussaders Restaurant" - czyżby jakiś znak?
Małe przepakowanie na lotnisku, tym razem obchodzi się bez kontroli osobistych. Lot do Bratysławy mija bezproblemowo, w południe następnego dnia jesteśmy w domu.
Jest poniedziałek 1 czerwca roku pańskiego 2004 - ostatnia krucjata dobiega końca.

Więcej zdjęć z wyprawy na: www.igor13.z-ne.pl/krzyzowcy 



Ostatnia aktualizacja ( niedziela, 06 maj 2007 )