| ŚLADAMI KRZYŻOWCÓW - ostatnia krucjata |
|
|
|
| Nadesłał Grzegorz Japoł | ||||||||
| niedziela, 18 luty 2007 | ||||||||
Strona 6 z 6 I tu byli krzyżowcy - na naszej mapie mamy zaznaczony całkiem spory fort... szukamy, szukamy, aż opadamy z sił... Musimy odpocząć, a jak bardzo potrzebny jest nam odpoczynek, to już nie przekonamy się długo. Po chwili szukamy dalej i... jest! Na wzgórzu widać resztki muru. Wielkie nic (a raczej niewielkie) - od całkowitego rozczarowania ratuje jednak przepiękny widok na Petrę. Wieczorem Sebastian czuje się źle. Kolejny dzień, to zaplanowany od początku wyprawy - dzień bezczynności na plaży w Aqabie! Niestety Seba jest chory... osłabiony i bez chęci do życia. Porzucamy więc pomysł odszukania "Wyspy Faraona" - także ufortyfikowanej przez krzyżowców. Oddajemy się nic nie robieniu... Odkrywamy, że osłabienie to, to "pamiątka" z Petry, a może jeszcze z Keraku - przegrzanie. Noc na plaży, dużo wody, kąpiel w chłodnym morzu i Sebastian wraca do żywych. Wpuścili nas - w końcu mieliśmy powrotne bilety lotnicze i zaproszenie do Jerozolimy, nasze skarpetki okazały się bezpieczne, a rodowód 12 pokoleń wstecz nie wykazał żadnych palestyńskich przodków. Po takim przyjęciu odchodzi nam jednak ochota na cokolwiek. Dłuuugi spacer do Eljatu i sen na plaży, co ostatnio jest bardzo popularne. Spalone słońcem plecy jednak dbają o to bym się nie wyspał.
"..gdy krzyżowcy ujrzeli Jerozolimę, padli na kolana i zapłakali" - czytamy w kronikach. W naszym autobusie nie ma jednak miejsca na takie sceny. Już od pierwszego momentu w mieście czuć jego klimat. Może to nasza długa i nie najłatwiejsza droga potęguje to uczucie. Mieszkamy obok cytadeli - wieży Dawida, do bazyliki Grobu będącej największym pomnikiem architektury krzyżowców mamy kawałek, z okien widać także Meczet "Kopuła na Skale".
Kolejne kościoły w kolejnych świętych miejscach. Ciekawe, że praktycznie żadne z nich nie jest pod opieką kościoła rzymsko-katolickiego - wszędzie spotykamy greko-katolików, Ormian, Koptów... - księży katolickich widzimy jedynie razem z wycieczkami. Stare miasto to labirynt wąskich kamiennych uliczek, które zapewne niewiele zmieniły się od czasów krzyżowców, a może i Jezusa... Trzeba jednak pamiętać, że Jerozolima to święte miasto trzech wielkich religii. Droga krzyżowa (Via Dolorosa) prowadzi przez dzielnicę muzułmańską przeciskając się przez gwar bazaru. Zaledwie ruszamy od pierwszej stacji nad głowami rozlega się głos muezina zagłuszający śpiew franciszkanów - raz po raz mijają nas chasydzi w tradycyjnych żydowskich strojach - wszyscy żyją obok siebie. Mniej śmiesznie jednak wygląda codzienność - w piątek droga prowadząca do meczetu Al-Aksa obstawiona jest co najmniej kilkoma oddziałami wojska. By wejść pod "Ścianę Płaczu" szczegółowa kontrola nas i bagażu. Chasydzi kiwający się pod nią jak zahipnotyzowani modlą się kontrastując z telefonami komórkowymi, gwarem rozmów całkowicie nieadekwatnym do miejsca i turystami w tekturowych jarmułkach. Wracamy tu wieczorem - rozpoczyna się szabat i turystom wchodzić nie wolno, ale wesołe "szalom" do ochroniarza sprawia, że ten wpuszcza nas bez problemów. Tym razem pod ścianę ciężko się dopchać - plac przy ścianie wygląda jak gigantyczne mrowisko. Teraz widać dokładnie jak ważnym miejscem dla izraelitów jest pozostałość świątyni Salomona. Nazajutrz schodząc z Góry Oliwnej słyszymy straszliwy huk - "...co się dzieje? zamach?!" - biegający żołnierze, karetka i ktoś na noszach... - sceneria jak z wiadomości TV. Po chwili orientujemy się, że to "tylko" wypadek samochodowy. Nadchodzi ostatni dzień wyprawy. Z kilku propozycji wybieramy Akkę. Po trzygodzinnej jeździe - w chyba największym upale, jaki przyszło nam znosić - wysiadamy w mieście będącym po upadku Jerozolimy stolicą królestwa. Znajduje się tu "podziemne miasto", czyli odrestaurowane podziemia cytadeli Akki. Ciszę podziemnych sal refektarza templariuszy przerywają jedynie piski nietoperzy. Nadmorskie mury, stary port, tunel rycerzy zakonnych łączący ze sobą dwie części miasta... historia miesza się tu z dniem codziennym. Jest już późne popołudnie, jedziemy więc do Tel Avivu. Po drodze jeszcze tylko Cezarea. Zatrzymujemy się na kawę w kawiarni przy ruinach cezaryjskiej twierdzy - jednej z wielu zniszczonej przez Arabów, by krzyżowcy już nigdy tu nie wrócili. Po wyjściu z niej miłe zaskoczenie - nazywa się "Crussaders Restaurant" - czyżby jakiś znak? Więcej zdjęć z wyprawy na: www.igor13.z-ne.pl/krzyzowcy |
||||||||
| Ostatnia aktualizacja ( niedziela, 06 maj 2007 ) | ||||||||


