Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Azja arrow Iran arrow DEMAVEND PROJECT - Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu
DEMAVEND PROJECT - Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 81
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Grzegorz Japoł   
niedziela, 18 luty 2007
Spis stron
DEMAVEND PROJECT - Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu
Strona 2
Strona 3
Image
Berberyjka - na granicy turecko-irańskiej

Trochę przed wakacjami zapadła decyzja - jadę na Elbrus w Kaukazie. Zacząłem kompletować sprzęt, ćwiczyć, kilka wyjść w Tatry dla nabrania kondycji, gdy kumpel powiedział mi, że jest inna ciekawa wyprawa. - Gdzie ??? - Wulkan Demavend, 5684 metry wysokości... druga połowa września... - A gdzie to jest ? - W Iranie ? Szczęka opadła mi z wrażenia - decyzja była natychmiastowa...

Image
Ja na tle Damavendu

Żeby nie było zbyt łatwo, na dwa dni przed wyjazdem dostałem zapalenia oskrzeli - porażka. Lekarz usłyszał tylko: - We środę muszę być zdrowy! - moja determinacja musiała być widoczna, bo zapewnił mnie krótko - Będzie Pan
Dostałem tyle lekarstw, że spokojnie mogłem być zatrzymany za przemyt, jednak w dniu wyjazdu czułem się dobrze.
Na lotnisku Katowicach poznaje ekipę - Bogdan (prezes Polskiego Klubu Alpejskiego) przewodzi wyprawie, jest jeszcze Paweł i Andrzej no i oczywiście ja. We czwórkę wyruszamy zdobywać najwyższy szczyt Iranu. Szybkie zakupy w sklepie wolnocłowym, trzygodzinny lot do Antalyi w Turcji i zaczęło się.

Wyjeżdżając z domu słyszałem w radiu, że w Tatrach pada pierwszy śnieg, tu ponad 30 stopni w cieniu. Plaża jak w amerykańskich filmach, błękitna woda, turystki topless... Z plecakami ze sprzętem wysokogórskim wyglądamy kretyńsko. Może jednak zostaniemy? - padły propozycje. W górach sami, zimno będzie... a tu... nie trwało to jednak długo. Nasz autobus odjeżdża za niecałe 5 minut, a następny dopiero jutro! Raj jak nagle się zaczął, tak nagle się skończył. Gdy mówiłem w domu, że czeka nas ponad 2500 km tureckimi i irańskimi autobusami przez Kapadocję, Kurdystan i Iran - wszyscy łapali się za głowę.
- Boże... 100-tu letnie autobusy, bez szyb i siedzeń, bagaże na dachu i kozy w środku?! Byłem przygotowany na najgorsze, a tu nowiutki mercedes, klima i steward, który roznosi wodę, ciasto, napoje i co najbardziej nam się podoba, w odstępach czasu myje wszystkim ręce "wodą kolońską" - tylko jakoś tych kóz nie widać pomyślałem. W Polsce za 100 lat takie standardu w PKS-ie nie będzie. Do Erzurum 21 godzin drogi, więc czas umilamy sobie starą dobrą "Żołądkową" - pamiątką z wolnocłowego - czym strasznie narażamy się stewardowi. Niestety jedyną wspólną cechą tureckiego autobusu z PKS-em okazało się spóźnienie - miał jechać 21, a jechał 27 godzin i w na miejscu wylądowaliśmy około 16-tej drugiego dnia podróży. Niby spoko, ale szybko zorientowaliśmy się, że nie możemy jechać dalej. Na wschód od miasta działają grupy partyzantów PKK (Partii Pracujących Kurdystanu) z którymi Turcja jest w stanie wojny. Po godzinie 16-tej nic w tamtym kierunku już nie jeździ - więc utknęliśmy. Jak się okazało, najmniej ciekawym miejscu jakie mogło się nam przytrafić. Zero klimatu, orientalizmu, niczego, co od zawsze kojarzyło mi się z Turcją - betonowa dżungla, śmierdzące powietrze, ogólnie rzecz biorąc w Katowicach jest więcej egzotyki niż tu. Rano jedziemy dalej. Po drodze wojskowe transportery nie są już rzadkością, gigantyczne jednostki wojskowe w każdym mieście, wioski jak z filmów, które widziałem na National Geographic Channel - jednym słowem Kurdystan.

W żarze lejącym się z nieba śnieg na szczycie Araratu - który właśnie pojawił się na horyzoncie - wygląda nierealnie. Na nim spoczywa Arka Noego. Jeśli starczy czasu, to może i na niego zdążymy wejść. Na wszelki wypadek w Dagobayazit załatwiamy "permity" (specjalne zezwolenie na wyjście w góry z obstawą wojska). Ostatni SMS do domu: "wjeżdżamy do Iranu, nie będzie ze mną żadnego kontaktu przez co najmniej tydzień, nie martwcie się".

Przed granicą kilkunastokilometrowa kolejka tirów, upał po 40 stopni w cieniu, a jednak nikt nie narzeka - kierowcy z Chyżnego powinni zobaczyć. Sama granica to temat na książkę. Pierwsza jawna próba oszukania nas przy wymianie tureckich pieniędzy na irańskie - "konik" zawiódł się jednak bardzo - umieliśmy liczyć, czego najwyraźniej nie przewidział. Pieniądze trzeba mieć i tak czy inaczej ubijamy z nim interes. Pasy zaoranej ziemi, wieżyczki strażnicze, stanowiska CKM-ów, wszędzie wojsko - Nie wjeżdżamy aby do Iraku?

 

Przebudowywany terminal za kilka lat będzie zapewne imponujący, na razie odprawa odbywa się w zburzonym do połowy budynku. Trzeba dobrze uważać na odpadające z sufitu płaty tynku, ludzie wpuszczani są do czegoś przypominającego "klatkę" na kontrolę i odprawę celną - przy wejściu do niej kilkaset osób. Tu już wszystkie kobiety mają "czadary" (czarne tuniki szczelnie zakrywające ciało), dźwigają toboły, pilnują dzieci, a mężczyźni stoją spokojnie osobno, trzymając w ręce najwyżej paszport.
"Fajny kraj" komentujemy i ustawiamy się w kolejce razem z kobietami wywołując tym wielkie wśród nich zdziwienie i wręcz współczucie. Szkoda że nie mamy z sobą naszych dziewczyn, nie musielibyśmy dźwigać tych plecaków.

Turecka odprawa "sprawna" choć wpisanie na tureckiej klawiaturze "ł" z mojego nazwiska zajęło celnikowi dobre kilka minut - gdyby był z nami "Brzęczyszczykiewicz" pewnie by nas internowano. Stajemy przy wejściu do klatki. Jakiś żołnierz bierze nam paszporty i zostajemy sami sobie. U nas przez granice przewozi się piwo, tu każdy wiezie po kilka kuchenek mikrofalowych, lodówek i Bóg wie czego jeszcze... i o dziwo oni są przepuszczani, a my - czekamy. Powinni tu nakręcić gościnny odcinek serialu "Granice" - żartujemy. Może gdybyśmy kupili po drodze kuchenkę byłoby mniej problemów. W kolejce dokonaliśmy ciekawego odkrycia - irańskie kobiety po "rozpakowaniu" z czadara (tzn. po odsłonięciu twarzy) okazały się bardzo urodziwe... no, ale tu za ubranie spodenek jest kara chłosty, co więc będzie za odezwanie się do czyjejś żony? - postanawiamy nie sprawdzać. Po pięciu godzinach w tłumie, kurzu i upale wołają i nas. Tu pięć godzin czekania poszło w zapomnienie. Pytanie skąd jesteśmy, przejście bocznymi drzwiami jako "zagraniczni" i w ciągu 5 minut jesteśmy w Islamskiej Republice Iranu.
Ararat z tej strony granicy wygląda ciekawie, więc strzelam fotkę - chwilę później mój aparat leży na stoliku irańskiego oficera. On dzwoni gdzieś pytając zapewne co zrobić ze szpiegiem z "Lechistanu" (Polski).
- No to masz po aparacie - pociesza mnie Boguś - a po kliszy to na pewno. Jednak jak aparat mi zabrano, tak mi go oddano, z klisza, bez problemów - widocznie polscy szpiedzy nie są niebezpieczni. Pierwsze pięć minut od wjazdu i już problemy. - Przepraszam - wyszeptałem z bladą twarzą, do Bogdana - musiałem fajnie wyglądać, bo chłopaki mieli ubaw do końca wyjazdu. W każdym razie aparat schowałem głęboko w plecaku - wyciągnąłem go dopiero w górach.

Jesteśmy w Maku, jest wieczór - ze sporymi kłopotami organizujemy transport. Kolejna noc w drodze, rano jesteśmy Teheranie. Tu już egzotyki nie brakuje. Ajatollah Chomeini spogląda na nas z setek portretów, plakatów wspominających wielką rewolucję islamską na której pełno także czołgów, wojska i samolotów - chyba zbliża się jakaś rocznica - nie wierze, żeby miasto na co dzień, aż tak było oklejone. Najgorsze dla nas jest wszechobecne arabskie pismo - totalnie niczego nie da się odczytać i nawet do WC trzeba iść na czuja. Szybko otaczają nas "naciągacze" proponując wymianę pieniędzy, bilety na autobusy, taksówki i co tylko sobie zażyczymy - dogadanie się jednak z nimi graniczy z cudem, w tym wypadku nawet język gestów nie pomaga. "Panowie jeśli gdzieś idziemy sami to znaczy, że ma być nas co najmniej dwóch, tak będzie bezpieczniej". Ponieważ nasz irański kontakt zawiódł, decydujemy się na uderzenie w góry sami, żeby nie marnować więcej czasu.
Pytamy taksówkarza czy mówi po angielsku, odpowiada: "Yes", więc wsiadamy. Szybko okazuje się, że na "yes" jego znajomość angielskiego się kończy, ale "Demavend" to irańska nazwa, więc bez problemu zrozumiał gdzie nas zawieźć. Po 1,5 godziny drogi lądujemy w wiosce o tej właśnie nazwie kilkanaście kilometrów od gór. Wyciągamy mapę, pokazujemy mu gdzie chcieliśmy żeby nas zawiózł, a taksówkarz w śmiech. "To góra, tam nas nie może przecież wywieźć..." - wyjątkowo topornie szło, ale za dodatkową opłatą wzywając Allacha na pomstę "naszej głupocie" decyduje się nas zawieźć pod górę - ręce opadają. Jedyny plus tej zbędnej wycieczki to niesamowite widoki gór w okolicy Teheranu. Po drodze za oknem ukazał się cel naszej wyprawy. Z naszej perspektywy, nie wyglądał jednak imponująco. "To ta góra? I po to jechaliśmy tyle? Taka mała i bez śniegu? Wkosimy ją w dwa dni" - rzucił Paweł. Mnie tam nie wydawała się ona taka mała i w ogóle, no ale skoro doświadczeni alpiniści tak mówili, to pewnie tak było - pomyślałem z pewna ulgą, że może jednak wtoczę się na jego wierzchołek.

 


Ostatnia aktualizacja ( wtorek, 20 luty 2007 )