| DEMAVEND PROJECT - Wyprawa na najwyższy szczyt Iranu |
|
|
|
| Nadesłał Grzegorz Japoł | |||||
| niedziela, 18 luty 2007 | |||||
Strona 1 z 3 ![]() Berberyjka - na granicy turecko-irańskiej Trochę przed wakacjami zapadła decyzja - jadę na Elbrus w Kaukazie. Zacząłem kompletować sprzęt, ćwiczyć, kilka wyjść w Tatry dla nabrania kondycji, gdy kumpel powiedział mi, że jest inna ciekawa wyprawa. - Gdzie ??? - Wulkan Demavend, 5684 metry wysokości... druga połowa września... - A gdzie to jest ? - W Iranie ? Szczęka opadła mi z wrażenia - decyzja była natychmiastowa... ![]() Ja na tle Damavendu Żeby nie było zbyt łatwo, na dwa dni przed wyjazdem dostałem zapalenia oskrzeli - porażka. Lekarz usłyszał tylko: - We środę muszę być zdrowy! - moja determinacja musiała być widoczna, bo zapewnił mnie krótko - Będzie Pan Wyjeżdżając z domu słyszałem w radiu, że w Tatrach pada pierwszy śnieg, tu ponad 30 stopni w cieniu. Plaża jak w amerykańskich filmach, błękitna woda, turystki topless... Z plecakami ze sprzętem wysokogórskim wyglądamy kretyńsko. Może jednak zostaniemy? - padły propozycje. W górach sami, zimno będzie... a tu... nie trwało to jednak długo. Nasz autobus odjeżdża za niecałe 5 minut, a następny dopiero jutro! Raj jak nagle się zaczął, tak nagle się skończył. Gdy mówiłem w domu, że czeka nas ponad 2500 km tureckimi i irańskimi autobusami przez Kapadocję, Kurdystan i Iran - wszyscy łapali się za głowę. W żarze lejącym się z nieba śnieg na szczycie Araratu - który właśnie pojawił się na horyzoncie - wygląda nierealnie. Na nim spoczywa Arka Noego. Jeśli starczy czasu, to może i na niego zdążymy wejść. Na wszelki wypadek w Dagobayazit załatwiamy "permity" (specjalne zezwolenie na wyjście w góry z obstawą wojska). Ostatni SMS do domu: "wjeżdżamy do Iranu, nie będzie ze mną żadnego kontaktu przez co najmniej tydzień, nie martwcie się". Przed granicą kilkunastokilometrowa kolejka tirów, upał po 40 stopni w cieniu, a jednak nikt nie narzeka - kierowcy z Chyżnego powinni zobaczyć. Sama granica to temat na książkę. Pierwsza jawna próba oszukania nas przy wymianie tureckich pieniędzy na irańskie - "konik" zawiódł się jednak bardzo - umieliśmy liczyć, czego najwyraźniej nie przewidział. Pieniądze trzeba mieć i tak czy inaczej ubijamy z nim interes. Pasy zaoranej ziemi, wieżyczki strażnicze, stanowiska CKM-ów, wszędzie wojsko - Nie wjeżdżamy aby do Iraku?
Przebudowywany terminal za kilka lat będzie zapewne imponujący, na razie odprawa odbywa się w zburzonym do połowy budynku. Trzeba dobrze uważać na odpadające z sufitu płaty tynku, ludzie wpuszczani są do czegoś przypominającego "klatkę" na kontrolę i odprawę celną - przy wejściu do niej kilkaset osób. Tu już wszystkie kobiety mają "czadary" (czarne tuniki szczelnie zakrywające ciało), dźwigają toboły, pilnują dzieci, a mężczyźni stoją spokojnie osobno, trzymając w ręce najwyżej paszport. Turecka odprawa "sprawna" choć wpisanie na tureckiej klawiaturze "ł" z mojego nazwiska zajęło celnikowi dobre kilka minut - gdyby był z nami "Brzęczyszczykiewicz" pewnie by nas internowano. Stajemy przy wejściu do klatki. Jakiś żołnierz bierze nam paszporty i zostajemy sami sobie. U nas przez granice przewozi się piwo, tu każdy wiezie po kilka kuchenek mikrofalowych, lodówek i Bóg wie czego jeszcze... i o dziwo oni są przepuszczani, a my - czekamy. Powinni tu nakręcić gościnny odcinek serialu "Granice" - żartujemy. Może gdybyśmy kupili po drodze kuchenkę byłoby mniej problemów. W kolejce dokonaliśmy ciekawego odkrycia - irańskie kobiety po "rozpakowaniu" z czadara (tzn. po odsłonięciu twarzy) okazały się bardzo urodziwe... no, ale tu za ubranie spodenek jest kara chłosty, co więc będzie za odezwanie się do czyjejś żony? - postanawiamy nie sprawdzać. Po pięciu godzinach w tłumie, kurzu i upale wołają i nas. Tu pięć godzin czekania poszło w zapomnienie. Pytanie skąd jesteśmy, przejście bocznymi drzwiami jako "zagraniczni" i w ciągu 5 minut jesteśmy w Islamskiej Republice Iranu. Jesteśmy w Maku, jest wieczór - ze sporymi kłopotami organizujemy transport. Kolejna noc w drodze, rano jesteśmy Teheranie. Tu już egzotyki nie brakuje. Ajatollah Chomeini spogląda na nas z setek portretów, plakatów wspominających wielką rewolucję islamską na której pełno także czołgów, wojska i samolotów - chyba zbliża się jakaś rocznica - nie wierze, żeby miasto na co dzień, aż tak było oklejone. Najgorsze dla nas jest wszechobecne arabskie pismo - totalnie niczego nie da się odczytać i nawet do WC trzeba iść na czuja. Szybko otaczają nas "naciągacze" proponując wymianę pieniędzy, bilety na autobusy, taksówki i co tylko sobie zażyczymy - dogadanie się jednak z nimi graniczy z cudem, w tym wypadku nawet język gestów nie pomaga. "Panowie jeśli gdzieś idziemy sami to znaczy, że ma być nas co najmniej dwóch, tak będzie bezpieczniej". Ponieważ nasz irański kontakt zawiódł, decydujemy się na uderzenie w góry sami, żeby nie marnować więcej czasu. |
|||||
| Ostatnia aktualizacja ( wtorek, 20 luty 2007 ) | |||||




