Menu Content/Inhalt
Strona główna arrow Afryka arrow Egipt arrow Rejs po Nilu. Wspomnienia z wakacji w Egipcie.
Rejs po Nilu. Wspomnienia z wakacji w Egipcie. PDF Drukuj E-mail
Oceny: / 193
KiepskiBardzo dobry 
Nadesłał Edyta Ziółkowska   
środa, 06 grudzień 2006
Spis stron
Rejs po Nilu. Wspomnienia z wakacji w Egipcie.
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Strona 11
Strona 12
Strona 13
Strona 14
 

28 X  - sobota

Dzień ślubu naszych znajomych.

Około czwartej nad ranem obudziła mnie nieobecność Sławka w łóżku. Był w łazience. Maszyny jakby nie pracowały. Statek nie płynął. Chyba nadszedł czas na przeprawę przez śluzę. Poszliśmy na górę opatuleni w polary. Faktycznie. To Esna. Niedługo nasza kolej, ale jeszcze trochę. Zeszliśmy więc na dół, bo co będziemy tak bezproduktywnie marznąć. Po jakimś czasie wróciliśmy ponownie na najwyższy pokład, by móc popatrzeć na niecodzienne widowisko. Byliśmy jedynymi pasażerami, którzy nie spali. Przemiły Nubijczyk z obsługi wytłumaczył nam, że do śluzy wpływa się po dwa statki, po czym poprzez podniesienie poziomu wody statek podnosi się o 7 - 8 metrów i płynie dalej. Jako, że nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji przepływać przez śluzę, a i tak nie spaliśmy, postanowiliśmy zobaczyć całą tę operację od początku do końca.

Nasz statek do śluzy wpłynął jako drugi. Przed nami znajdował się kolos, który nie mamy pojęcia jak się tam zmieścił, bo po wpłynięciu do śluzy zostało mu po kilka centymetrów wolnej przestrzeni po bokach. Kiedy my wpływaliśmy, rozległ się dźwięk jakby uderzenia, ale niczego nie poczuliśmy. Gdzieś na wysokości dzioba statku znajdowała się dość wysoka wieża strażnicza, której po zakończeniu operacji mogliśmy niemal zajrzeć w okna. Podnoszenie się statku jako takie właściwie nie było odczuwalne. Jedynie my widzieliśmy, po punktach odniesienia, że statek unosi się do góry. Śluza w całości napełniła się wodą dość szybko. Najciekawszą częścią operacji było wypłynięcie statku ze śluzy. Statek miał dziób skierowany lekko w lewo, co wydawało się być zamierzone. Ażeby nie uderzyć w lewą część śluzy, statek był przez jednego (sic!) marynarza na brzegu i jednego znajdującego się na statku ściągany na prawą stronę przy pomocy liny. Lina była kolejno mocowana do pachołków wmurowanych w prawy brzeg śluzy. I tak od pachołka do pachołka aż wypłynęliśmy. Co ciekawe, zauważyliśmy, że człowiekiem który powinien kierować statkiem na prawym brzegu, nie powinien być marynarz lecz tamtejszy pracownik. Wniosek ten wyciągnęliśmy obserwując statek przed nami. Jednak zaraz po wpłynięciu do śluzy nasz kapitan strasznie się pokłócił z kimś na brzegu. W zasadzie towarzyszący nam Nubijczyk z obsługi (facet potężny bardzo) zszedł na dół do kapitana, bo choć nie rozumieliśmy niczego z toczącej się ostrej wymiany zdań, mieliśmy pewność, że to kłótnia i może nawet dojść do bójki. Przy okazji: kapitan Crocodilo wyglądem niewiele się różnił od dopadających nas w świątyniach tubylców - galabija i turban na głowie. Marynarz, który wyciągał statek ze śluzy nie mógł wsiąść na pokład, bo nie było skąd. Widzieliśmy jak idzie, potem biegnie, potem zaś pędzi brzegiem. Byliśmy ciekawi kiedy, gdzie i jak dołączy do załogi, ale chwilowo wrażeń mieliśmy aż nadto i nie wiedząc jak długo jeszcze to potrwa oraz z myślą, że to nie nasz w końcu problem, poszliśmy jeszcze się zdrzemnąć zanim na dobre wstanie słońce.

Edfu powitało nas dorożkami i straganami. Czy oni wiedzą, że właśnie dzisiaj jest galabija party na statku? Jako, że było nas niewiele, nie dość, że handlarze niczego nie zarobili, to jeszcze Basem wynajął tylko dwie dorożki. My jechaliśmy w trójkę - z Marysią. Egipcjanin wiozący nas po ulicach miasta zachęcił Sławka do powożenia końmi. Cóż, niby żadna filozofia. W końcu większość z nas miała babcie na wsiach, gdzie jako dzieciaki mogliśmy nabierać tego typu doświadczeń. Sławek się nieco opierał, bo nie miał na to najmniejszej ochoty. I co? Znów wpadka. Bo mąż zgodził się tylko z grzeczności. Nie potrafię wam opisać, jak woźnica to rozegrał, ale koniec końców tak wyszło, że Sławek powoził tą dorożką jakiś czas. Skończyło się to oczywiście bakszyszem i kolejnym za to, że facet zrobił nam wspólne zdjęcie podczas jazdy. Ulice Edfu w niczym nie przypominały pełnych blichtru ulic Hurghady. Były prawdziwe. Kobiety całe w czarnych sukniach noszące na głowach olbrzymie pełne kosze bez podtrzymywania ich rękami, pomykające miedzy samochodami i dorożkami osiołki obładowane zielskiem, Egipcjanie jeżdżący wśród tego wszystkiego na chyba powszechnie posiadanych osiołkach, osiołki ciągnące wózki wyładowane po brzegi, ludzie noszący ciężkie worki, nieotynkowane kompletnie budynki, czasem  bez dachów z wystającymi z nich prętami i oczywiście stragany. Kiedy dotarliśmy do świątyni zobaczyłam całe mnóstwo koni zaprzężonych do bryczek podobnych do naszej. Podstawową różnicą między tymi pojazdami były konie. O ile jedne jeszcze jakoś wyglądały i były w stanie ciągnąć te dorożki, o tyle inne cudem stały na własnych nogach. Serce się po prostu kroiło na ten widok. Większości tych szkapin można by gołym okiem policzyć wszystkie żebra. Jakoś od tamtej pory jak słyszę pojęcie "koń czystej krwi arabskiej", moje myśli biegną tylko w tym jednym kierunku, biednych zagłodzonych koni, które muszą każdego dnia parę razy pokonać drogę pomiędzy świątynią a nadbrzeżem, ciągnąc w obie strony nielekki ładunek - turystów.

W drodze od parkingu do świątyni miałam okazję zobaczyć legitymację Basema, uprawniająca go do bycia przewodnikiem. Oczywiście cała wypisana była po arabsku. Kiedy tylko spotkaliśmy Basema, pierwszym psikusem jaki nam zrobił było zwykłe przedstawienie się: -"Basem Michałowski, nie mylić z basenem." Hm. Po matce, czy ojcu? Chyba jednak po ojcu, bo nazwisko ma polskie, ale jako że nikt z nas nie znał egipskich zwyczajów na tyle, żeby to stwierdzić na pewno, pozostaliśmy w niepewności. Zaczęły się spekulacje. Jeszcze tego samego dnia pod koniec Basem powiedział nam, a właściwie wyciągnęliśmy to z niego, że to jego ulubiony dowcip robiony polskim turystom. W całej tej sytuacji Basema najbardziej zdawał się bawić fakt, że nikt nie skojarzył podawanego nazwiska z jednym z najsłynniejszych polskich archeologów. Basem jest czystej krwi arabskiej :-) ale wygląda dużo lepiej niż opisywane przez mnie konie :-) Nigdy nie był za granicą, a polskiego uczył się rzekomo 4 tylko miesiące w ambasadzie w Kairze, skąd pochodzi. Podobno nauka chińskiego zabrała mu "aż" 9 miesięcy. Albo ten naród ma niezwykłe zdolności językowe, albo Basem ma bujną wyobraźnię. Potem dodał, że jest najlepszym przewodnikiem na jakiego można trafić (skromnością to on nie grzeszył) i nigdy nikt na niego nie narzekał. I choć w tym miejscu powinniśmy się domyśleć, że na pewno nie ma rodziców z Polski (totalny brak skromności powinien chyba wydać się podejrzany), jakoś to uszło naszej uwadze. W każdym razie w jednym Basem miał rację. Jest niewątpliwa zaleta posiadania egipskiego przewodnika, ponieważ kiedy ma się polskiego opiekuna, do zwiedzania potrzebny jest jeszcze Egipcjanin. Czasem, jak ma się odbyć fakultet, a Egipcjaninowi się nie chce jechać i nic go nie przekona do zmiany zdania, fakultet odbyć się nie może, bo wycieczki nie mogą jeździć bez egipskiego opiekuna. My dostaliśmy dwa w jednym - Egipcjanina i przewodnika w jednej osobie i mieliśmy dziękować losowi za ten obrót sprawy.

Przed świątynią w Edfu znajduje się w połowie zniszczona kolumnowa fasada, wewnątrz której widać jeszcze kolorowe reliefy. Po przekroczeniu pozostałości okalającego świątynię muru, w całej swej okazałości jawi nam się pierwszy pylon, który jest prawie nietknięty. Basem mówi, że świątynia ta oparła się czasowi, przetrwała jego próby.  Być może dlatego, że jest dużo młodsza, bo ptolemejska. Po lewej i prawej stronie pylonu widzimy dwie identyczne symetryczne sceny - jak stojący przed obliczem Horusa faraon trzyma swoich wrogów za włosy waląc ich maczugą po głowie. Nad portalem widać uskrzydlony dysk słoneczny, na który pierwszy raz zwróciliśmy uwagę w Medinet Habu, a który był w zasadzie umieszczany we wszystkich świątyniach jako symbol mający chronić przed nieprzyjaciółmi. Po dwóch stronach wejścia stoją dwa wielkie posągi boga Horusa pod postacią sokoła. Wchodzimy do środka. Na ścianach dziedzińca widzimy przepiękne reliefy będące w doskonałym stanie. Basem tłumaczy nam jaką historię opowiadają. Dalej podziwiamy przepiękną scenę koronacji faraona dokonywanej przez dwie boginie. Bogini po prawej stronie  nosi koronę białą - koronę Górnego Egiptu, zaś ta po lewej - koronę czerwoną będącą symbolem Dolnego Egiptu. Stojący pomiędzy nimi faraon zaś ma na głowie koronę i białą i czerwoną, co oznacza, że panował nad całym Egiptem. Podziwiamy reliefy na kolumnach dziedzińca. Zdaje się, że każda poświęcona jest innemu bóstwu.  Na każdej widnieje wizerunek innego boga. Widzimy Amona, Horusa, Maat, Ozyrysa. Przed wejściem do sali kolumnowej stoi największy w całym Egipcie posąg Horusa-Sokoła z koronami białą i czerwoną na głowie. Obok utworzyła się kolejka ludzi, którzy chcą mieć zdjęcie przy tym wspaniałym posągu. Kiedy jesteśmy w wielkiej sali hypostylowej Basem mówi, że każda kolumna ma inne zwieńczenie. Nie zgadzamy się z nim. Według nas są owszem różne rodzaje, jest ich wiele, ale są powtarzalne, chyba, że różnią się jakimiś niewidocznymi na pierwszy rzut oka szczegółami. Basem się znów obraża. Przechodzimy w głąb świątyni do małej sali hypostylowej. Jest okazja zarobić cukierka. Basem tak nagradza dobrą odpowiedź na zadane przez niego trudne pytanie. W sali tej zarówno sufit jak i zwieńczenia kolumn są całe czarne. Pozostała część świątyni ma natomiast normalny piaskowy kolor. Pada pytanie dlaczego i moja nieśmiała odpowiedź: - Bo była zasypana? -Tak świątynia Horusa w doskonałej większości była zasypana. Wówczas mieszkali w niej Koptowie i palili wewnątrz ogniska, z których sadza osiadała na widocznej części murów. Stąd te zabrudzenia. Idziemy jeszcze dalej. Jest coraz ciemniej. Już dawno zmieniliśmy okulary. Docieramy do najświętszego miejsca - sanktuarium, gdzie stoi replika świętej barki Horusa. Basem mówi, że oryginał był cały zrobiony ze złota. Na ścianach świątyni możemy podziwiać historię opowiedzianą przez reliefy. Historię radosnych małżeńskich corocznych wizyt Hathor, która przypływała tu na swojej świętej barce aż z Dendery, aby odwiedzić swojego małżonka. Wychodzimy ze świątyni. Po pobycie w takich ciemnościach słońce po prostu oślepia. Wielki dziedziniec robi ogromne wrażenie oglądany razem z pierwszym pylonem od drugiej strony. Robię parę ujęć - może uda mi się zrobić później z nich panoramę. Rozglądam się. Wypatruję sokoła, lecz jedynymi ptakami jakie udaje mi się zobaczyć są gołębie. Jest ich mnóstwo. Śpią schowane w cieniu gzymsów. Okazało się, że to, co wzięłam początkowo za kolumnową fasadę przed pierwszym pylonem, to mammisi - dom narodzin. Jest zamknięte. Nie można wejść do środka, ale można obejść je wokoło. Tubylec wciąga Elę, żeby zarobić na bakszysz pokazaniem scen umieszczonych na ścianach mammisi - sceny karmienia i sceny porodu. Idziemy za nimi. Scena narodzin pokazuje nam, że kobiety rodziły w pozycji klęczącej. Udaje nam się sfotografować jednak tylko scenę karmienia. Nie wiem do dziś jak to zrobiłam, że nie mam tej drugiej. Myślę przez chwilę, że może jednak czasami warto dać się oprowadzić samozwańczemu przewodnikowi  po zabytkach. Przy wyjściu zastanawiam się, gdzie były wejścia na dach, którymi chadzali kapłani i gdzie są tajemne skrytki świątyni. Myślę też o upływającym czasie. Szkoda by było, żeby taki zabytek zniszczał bez odpowiedniego wcześniejszego udokumentowania, zanim czas zrobi swoje. Ciekawi mnie, czy ktoś to wszystko spisał, przetłumaczył inskrypcje i skatalogował reliefy. Po powrocie na statek doczytuję, że owszem, ktoś wykonał te gigantyczną pracę. Choć nie wszystkie inskrypcje zostały przetłumaczone, powstała 15-tomowa dokumentacja tego miejsca. Robimy jeszcze kilka zdjęć z cyklu "byłem tu" i już musimy wracać. Niebawem ruszamy w dalszy rejs - do KomOmbo.

Po obiedzie idziemy na górę trochę się poopalać. Przy reszcie grupy wyglądamy jakbyśmy dopiero co przyjechali. Zwłaszcza ja. Nie udaje mi się wyleżeć spokojnie na leżaku. Podziwiam więc krajobraz. Jakże jest on inny od tego w Hurghadzie. Tam wszystko jest sztuczne, stworzone dla turystów. Tu widać prawdziwe życie. Ludzie pracujący na polach, naturalna bujna zieleń, pasące się bydło, białe i szare czaple. Widoki są przepiękne. Zoom aparatu daje mi niejakie możliwości zaobserwowania trochę dokładniej niektórych elementów tego sielankowego krajobrazu. Oto młody chłopiec wdrapuje się na jakiś rodzaj bawołu. Po co - nie wiem. Ale mam okazję zobaczyć fragment egipskiego rodeo w wersji hiszpańsko (bo byk) amerykańskiej (bo jazda bez siodła na nieokiełznanym zwierzęciu). Robię całkiem niezłą fotkę. Dopiero w domu dostrzegam, że chłopiec ma w ręku jakąś rózgę, którą okłada to zwierzę i że zwierzę to jest prawdopodobnie płci żeńskiej. Kiedy patrzę na to zdjęcie, wciąż się dziwię, jak ten chłopiec wdrapał się na zwierzaka.

Nadchodzi wieczór. Koło 17:00 wybieramy się zwiedzać świątynię w KomOmbo. Czy będziemy coś widzieć? Jeszcze nie wiem, że świątynia jest podświetlona. Świątynia boga Sobka jest, podobnie jak świątynia w Edfu, świątynią ptolemejską. Na ścianach oglądamy reliefy przedstawiające boga Sobka w przedziwnej koronie na głowie. Ale, ale. Zaraz, zaraz. Ta korona to nic innego jak dwa pióra, dwie kobry i dysk słoneczny. Czyżby więc Sobek był bogiem zła? W końcu taki właśnie symbol miał chronić świątynie przed złem i wrogami właśnie. Postanawiam wyjaśnić to później i idziemy dalej podziwiać reliefy. Widzimy scenę, w której faraonowi przekazywana jest władza i boska moc (moja interpretacja). Z rąk bogini Sachmet faraon dostaje krzyż ankh. Za nią stoją dwa Horusy, z których jeden błogosławi faraona, a drugi stoi i trzyma w ręku jakąś laskę. Po lewej stronie widać zaś Hathor i Thota. Wiem za mało, żeby móc zinterpretować tę scenę. Ściany wciąż przemawiają do mnie reliefami, opowiadają swoją historię, ale ja niestety nie potrafię jej ani usłyszeć, ani zrozumieć. Postanawiam po powrocie poszukać informacji na ten temat. Idziemy dalej. Przy jakiejś ścianie na zewnątrz tłoczy się masa ludzi. Basem mówi, że to ważne miejsce, ponieważ na tej ścianie znajduje się egipski kalendarz. Dopchaliśmy się tam i udało mi się nawet zrobić zdjęcie, ale nie jestem z niego zbyt zadowolona. Dalej przy kolejnym kawałku ściany tłoczy się jeszcze więcej ludzi. Na niej znajdują się reliefy z narzędziami chirurgicznymi. Oglądamy je tylko na zdjęciach Basema, ponieważ dojście do tej ściany jest w tej chwili niemożliwe. Myślę - nie szkodzi. Może potem, jak będzie czas na zdjęcia, uda mi się jakoś tam dopchać. (Niestety przejście było zbyt wąskie, zbyt zatłoczone i poległam.) Podchodzimy do jakiejś dziury w ziemi ze schodami wokół. Basem mówi, że to jest miejsce, do którego, jak tylko Francuzi zwiedzają świątynię w KomOmbo, biegną, robią zdjęcie i wychodzą, nie oglądając nawet reszty. Dlaczego? Bo to jest łaźnia królowej Kleopatry. Mi ta informacja co prawda nie wyjaśnia rzekomego zachowania Francuzów, jednak później oczywiście robię sobie zdjęcie w łaźni. Wyobrażam sobie, jak to było w czasach świetności, kiedy Kleopatra jeszcze żyła. Tędy spływało legendarne już kozie mleko, a tu służące dolewały olejków zapachowych do kąpieli z przepięknych waz. Obok zaś wylegiwał się ulubieniec królowej - puma, albo inny większy kotek, leniwie przeciągając się po obfitym posiłku. Być może rytualnej kąpieli przyglądał się Juliusz Cezar siedzący gdzieś obok. Ach ta wyobraźnia! Niedaleko łaźni znajdują się tajemne przejścia w świątyni, które odkrył czas. Przejścia mają formę niskich podziemnych korytarzy. To tu kapłani oszukiwali faraonów udając bogów i przemawiając w ich imieniu. Ich głos przenikający ledwie przez grube ściany faraonowie brali za głos boga. Tędy przechodzili, a z tego tunelu korzystali, kiedy chcieli podglądać króla. O, a w tym miejscu dokonywali niecnych oszustw, podszywając się pod boga. Swoją drogą próżność faraonów musiała być olbrzymia skoro uważali, że słyszą boskie głosy. Zresztą to pewnie kwestia wierzeń. Jeszcze dalej jest studnia. Duża i głęboka. Widać coś na kształt schodów. Podchodzimy do niej. W tym miejscu hodowano krokodyle ku czci boga Sobka. Może czasem jakiś sługa padł ich ofiarą i właśnie tutaj zakończył swe życie? Cała świątynia jest dość zniszczona. Podziwiamy jeszcze kolumny, do których mam słabość. Chcemy wracać, bo w zasadzie obejrzeliśmy wszystko. Wtem widzimy następną kolejkę ludzi. Czekają na wejście do jakiegoś pomieszczenia. Dołączmy do kolejki. W środku za szkłem znajdują się mumie krokodyli. Chcielibyśmy zrobić zdjęcie. Ale jak? Bez flesza nie da razy (brak statywu). Z fleszem lampa się odbije w szybie i nic nie będzie widać. Mimo to próbujemy. W tym czasie jakiś inny turysta robi zdjęcie i tym samym pięknie nam oświetla całość. Dzięki nieznajomy. Wychodzimy, bo panuje tam nieprzyjemny zaduch i poza mumiami nie ma co oglądać. Gdzieś po drodze znajdujemy jeszcze rzeźbę. Rzymianin jak nic, ale bez głowy i rąk. Zatem Sławek chce użyczyć posągowi swoich członków i gdyby nie wysokość rzeźby, byłaby naprawdę fajna fotka. Tym razem wychodzimy na dobre.

Okazuje się, że wyjście zrobione jest strasznie. Trzeba iść niemały kawałek, dookoła, jakby nie można było zejść prosto po schodach. Kroki kierujemy do położonej u stóp świątyni kafejki, w której mamy się zebrać. Basem siedzi i pali sziszę. Zamawiamy sok. Ja ryzykuję. Już wiemy, ze Sławkowi absolutnie nic nie jest i pewnie nie będzie - z jego żelaznym żołądkiem. W zasadzie rano wzięłam kolejny Intetrix i jakoś dotąd na tym ujechałam, to i chyba to przetrzymam. W razie czego na statek daleko nie jest. Sławek dostaje sok bananowy zgodnie z zamówieniem, ja - limetkowy. Powiem wam jedno. Jak tam będziecie, koniecznie skoczcie do tej kafejki. Lepszych soków w życiu nie piliśmy. Rewelacja! Sławek zamówił jeszcze kawę z kardamonem. Kawa podana w małej filiżance przypominającej mini musztardówkę wyglądała jak espresso z espresso. Trzy ćwiartki szklaneczki kawy, a na tym trochę wody. Na pytanie czy mu smakuje, odpowiedział tylko przeciągłym aaa, jakby właśnie wypił czysty spirytus. Jedno o kawie powiedzieć można na pewno - spać to mu się potem, mimo wyczerpującego dnia, nie chciało :-D Za dwa soki i kawę razem z dodatkowym dobrowolnym napiwkiem zapłaciliśmy 20LE. Kawiarenka była urocza. Plecione parasole z zawieszoną całą masą jakichś ususzonych owoców wokół, muzyka na żywo - Egipcjanie chodzili między stołami i grali na bębnach i innych instrumentach, których nazwać nie potrafię. Sławek nawet dostał turban na głowę i instrument do ręki. Pobrzdękolił trochę i oddał właścicielowi. Potem popis swojego talentu muzycznego dał Wojtek robiąc przy tym komiczne miny (mam dowód :-D) i tak w pogodnych nastrojach wróciliśmy na statek. Jako że nadbrzeże nie jest chyba zbyt długie w KomOmbo, statki cumują koło siebie. Zanim trafiliśmy na nasz, przechodziliśmy przez cztery inne. Niektóre to po prostu małe Titaniki. Piękne posadzki, cudne dywany, obrazy malowane na ścianach, drewniane rzeźbione schody. Szok. Jak dla mnie - nadmiar luksusu.

Jak wróciliśmy na kolację, pozostałych grup jeszcze nie było. Zrobiliśmy sobie parę pamiątkowych zdjęć z obsługą. Kucharz pochwalił się upieczonym krokodylem z ciasta chlebowego, którego zrobienie zajmuje mu jakieś 5 minut. Cudo. Krokodyl ten miał bardzo ostre wypustki na grzbiecie. Facet po uformowaniu kształtu krokodyla, tnie ciacho na grzbiecie nożyczkami - stąd taki efekt. Obsługa na Crocodilo jest świetna. Zwłaszcza robiący kawały kelnerzy. Jeden był wybitny w tej dziedzinie. Np. nakładał pół ziemniaczka Wojtkowi, który wyróżniał się spośród nas największym apetytem i szedł dalej jakby nigdy nic. Albo jak się rozpędził i zaczął nakładać, to siłą trzeba mu było przerywać. Albo dla jaj omijał kogoś i nie nakładał mu w ogóle niczego. Bo o ile śniadania były w formie bufetu szwedzkiego, o tyle obiady i kolacje na statku były serwowane przez kelnerów. Zawsze z tych sytuacji mieliśmy kupę śmiechu. Przykładowa kolacja, której jako jedynej nie zapomniałam sfotografować, składała się z ziemniaków podsmażanych a la frytki, ale w dużo większych kawałkach, sałatki, nadziewanego pora, nadziewanej papryki, gołąbka, kofty, wątróbki i kurczaka. Wszystko szalenie smaczne. Często pikantne.

Wieczorem, zanim nadszedł czas na galabija party, poszliśmy do bufetu, gdzie spotkaliśmy się z Basemem. Basem powyciągał albumy i zdjęcia i zaczął nam opowiadać o AbuSimbel, bo następnego dnia rano jechaliśmy dołączeni do holenderskiej wycieczki (udało się, hura!) z ich przewodnikiem. Udało mu się to zorganizować. Niewiarygodne. Ten chłopak naprawdę się stara. Za Abu Simbel płaciliśmy dodatkowo 65$ od osoby.

Galabija party. Basem wyskoczył z swojej galabiji. Myślałam, że skonam, bo...w różowej. Najpierw była konkurencja tańca brzucha. Cóż. Wszystkie wyglądałyśmy komicznie. Chociaż muszę przyznać, że Justyna, młoda hinduska i pani archeolog, całkiem fajnie sobie radziły. Hinduska była jedną z pasażerek statku, których spotykaliśmy właściwie tylko w jadalni. Na górze nigdy jej nie widziałam. Podróżowała z rodzicami, którzy chyba byli emigrantami i jakiś czas temu wybrali Londyn za swój dom. Dziewczyna tańczyła, jakby te ruchy miała we krwi. Do tego była bardzo ładna. Pani archeolog zaś była jedną z pięcioosobowej ekipy Polaków podróżujących po Egipcie na własną rękę. Justyna natomiast to członkini naszego zespołu. Dla jednej z Holenderek konkurencja zakończyła się dość tragicznie. Kobieta chyba zwichnęła sobie biodro. W każdym razie nie mogła się ruszać, a następnego dnia widzieliśmy ją chodzącą o lasce. Po powrocie z AbuSimbel, widziałam jak rozmawiała z masażystą. Kiedy widzieliśmy ją jeszcze później, już nie miała laski i chodziła całkiem dobrze. Masażysta miał swój gabinet koło jacuzzi. Jak korzystaliśmy z bąbelków któregoś pięknego dnia, pogawędziliśmy z nim trochę. Bardzo miły młody człowiek. Ma na imię Amr. Wyprowadzaliśmy go z błędu, że Poland i Holland, co dla nich brzmi podobnie, to nie to samo, a nasze języki nawet nie są do siebie zbliżone. Był ogromnie zdziwiony. Po naprawdę ciekawej rozmowie, zaprosił nas na masaż i powiedział, że jak się zdecydujemy, dostaniemy od niego po kwadransie gratis. Usługi masażysty kosztowały 60LE za 30 minut masażu ogólnego. Niestety z braku czasu jakoś nie udało nam się z tego skorzystać. Ale wróćmy do tematu party. Po konkurencji brzucha nadszedł czas na rozrywkę z udziałem panów. Z naszej grupy Wojtek został przysłowiową "marysią". Panom zadarto galabije do góry i do pasa przywiązano wiszącą na sznurku rzecz o kształcie małej piłki. Zadanie polegało na przeturlaniu tam i z powrotem po parkiecie, drugiego takiego przedmiotu leżącego na ziemi, oczywiście bez pomocy rąk, a wyłącznie za pomocą ruchu bioder i na czas. Muszę przyznać, że w tym komicznym zadaniu Podbipięta miałby szansę udowodnić, że "siła w lędzwiach jest":-D

Po konkurencjach potańczyliśmy jeszcze trochę i po setnej zabawie, jako że następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać o 4 rano, poszliśmy spać.

1.
01_mapa_hipsometryczna.JPG
2.
02_gdzies_nad_Afryka.JPG
3.
03_Hurghadowy_kicz.JPG
4.
04_czarne_stopy.JPG
5.
06_na_srodku_morza.JPG
6.
07_rafa_z_katamaranu.JPG
7.
08_Beduin_Boys_Unplugged.JPG
8.
09_tanczacy_z_kobra_Beduin.JPG
9.
09a_pien_palmy_w_przekroju.JPG
10.
10_obelisk_Karnak.JPG
11.
11_balony_nad_zachodnim_brzegiem_Luksoru.JPG
12.
12_znak_drogowy_Luksor.JPG
13.
13_kolumny_Ramesseum.JPG
14.
14_spadna_czy_nie.JPG
15.
15_egipskie_rodeo.JPG
16.
16_replika_barki_Horusa.JPG
17.
17_moja_kolumnowa_slabosc.JPG
18.
18_Nechbet_Wadzet.JPG
19.
19_scena_karmienia.jPG
20.
20_plan_na_jutro.JPG
21.
20a_relief_AbuSimbel.JPG
22.
21_feluka_na_Nilu.JPG
23.
22_kotek_w_ogrodzie_botanicznym.JPG
24.
23_Czapla_siwa.JPG
25.
24_Skorpion.JPG
26.
25_mala_Egipcjanka.JPG
27.
26_Giza.JPG
28.
27_prawie_znajomy_widok.JPG
29.
28_sklepienie_meczetu_alabastrowego.JPG
30.
29_tedy_do_krypty.JPG
31.
30_maszrabija_meczetu_Al_Rifai.JPG
32.
32_palace_sie_opary_z_szybow_naftowych.JPG
 



Ostatnia aktualizacja ( czwartek, 13 wrzesień 2007 )
< Poprzedni   Następny >