| Rejs po Nilu. Wspomnienia z wakacji w Egipcie. |
|
|
|
| Nadesłał Edyta Ziółkowska | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| środa, 06 grudzień 2006 | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
Strona 2 z 14 20 X - piątek Wylot z Wrocławia Od rana byłam bardzo podekscytowana. Głównie dlatego, że miał to być mój pierwszy lot samolotem. Na lotnisku, po zważeniu bagaży, postanowiliśmy przepakować odrobinę obie walizki, ponieważ większa ważyła nieznacznie ponad 20kg, a nie chcieliśmy płacić za nadbagaż, zwłaszcza, że nie mieliśmy pojęcia o stawkach za tę przyjemność. Okazało się to czynnością całkowicie bezcelową, ponieważ ważna była łączna waga obu walizek nie zaś każdej z osobna. Z Wrocławia wylatywaliśmy o 11:15. Opóźnień jako takich nie pamiętam, więc albo były bardzo nieznaczne, albo wszystko odbyło się o czasie i ku tej drugiej opcji się skłaniam. Lecieliśmy egipskimi liniami AMC Airlines. Mieliśmy cathering na pokładzie. Lunch składał się z ryżu, duszonej wołowiny, odrobiny gotowanych warzyw, czterech oliwek, bułek, masła i dżemików. Do picia cola, kawa, herbata, soki, woda, itp. Z tego wszystkiego dane mi było tylko napić się coli i skosztować oliwek. Choroba lokomocyjna? Skądże znowu. Jak tylko zjadłam jedną oliwkę, poczułam się źle (żołądek) i resztę miałam z głowy. Według mnie była to wczesna wersja dialogu z faraonem, albo nadmiar wrażeń. Zresztą żadna strata, bo mąż powiedział mi, że jedzenie do wykwintnych nie należy i nie jest zbyt smaczne. Zanim jednak do tego doszło, zawzięcie oglądałam świat z okien samolotu. Pełna zachwytu, robiłam namiętnie fotki przez podwójną szybę, niestety też podwójnie brudną. Ale co tam, pomyślałam, jakoś to potem usunę. Osobom, które nigdy jeszcze nie leciały samolotem, życzę z całego serca lotu za dnia przy dobrej pogodzie oraz gdzieniegdzie nieco chmurek, ale nie za wiele. A także dobrej nowoczesnej maszyny, np. takiej jaką miałam okazję wracać - boening 737-800. Dlaczego? Bo mieli tam monitorki, na których na bieżąco wyświetlane były różne interesujące informacje, których brakowało mi bardzo w drodze do Hurghady. Na przykład można było dowiedzieć się, jaka panuje temperatura na zewnątrz, poznać aktualną prędkość lotu czy wysokość samolotu nad ziemią, ale najlepsze było to, że wyświetlana była trasa z uwzględnieniem bieżącego miejsca. Niestety lecąc do Egiptu, jako, że nie miałam tego cudu techniki, nie wiedziałam ani co fotografowałam, ani co podziwiałam. Czy lecieliśmy nad Morzem Czarnym, Śródziemnym, czy Egejskim, czy nad Turcją, czy raczej nad Grecją? Kapitan nas nie informował. Zabrakło mi tych informacji. Nie zmienia to jednak faktu, że widoki były wspaniałe. Świat z pułapu 10 km przypomina mapę hipsometryczną 3D w pełnej wersji kolorystycznej. Wygląda po prostu pięknie. No i widok chmur z góry - bajka. W locie jako takim ciekawe jeszcze jest, że o ile czuć prędkości przy starcie czy lądowaniu samolotu, o tyle, kiedy maszyna jest w powietrzu, z racji braku wystarczająco bliskich punktów odniesienia, miałam wrażenie, że samolot leci albo bardzo powoli, albo stoi w ogóle w miejscu. Zabawne uczucie. Zwłaszcza jak skrzyżują się gdzieś korytarze powietrzne i ma się szczęście zobaczyć drugi samolot za oknem. Ja to szczęście miałam i zanim zdążyłam powiedzieć mężowi o tym ekscytującym widoku - już go nie było. Ale byłam uparta i udało mi się zrobić niezłą nawet fotkę samolotu przelatującego prostopadle pod nami. Fajnie jeszcze jest wtedy, kiedy samolot zakręca. Przechylenie samolotu wówczas powodowało, że kręciło mi się nieznacznie w głowie, a do tego miałam wrażenie, że zaraz wypadnę. Mały irracjonalny stresik, ale warto wtedy siedzieć przy oknie (oczywiście zależy od kierunku zwrotu w stosunku do zajmowanego miejsca). Wówczas proporcje znajdujących się w polu widzenia ziemi i nieba w stosunku 50:50 zdecydowanie zmieniają się na korzyść ziemi z jednej strony samolotu (EXTRA) i nieba z drugiej (też niezły widok choć już nie aż tak). Hurghada Na miejsce dotarliśmy około 15:00. Zegarków nie musieliśmy przestawiać, bo Egipcjanie cofają zegarki o miesiąc wcześniej niż my, zatem godzina się zgadzała. Po temperaturze jaka panowała w Polsce (jakieś 10 stopni Celsjusza), bardzo przyjemnie wysiadało się z samolotu w Hurghadzie. Cieplutko i mimo dość mocnego wiatru - milutko, tylko przerzucony przez rękę polar i kurtka trochę przeszkadzały. Nieco zdezorientowani, idąc za ludźmi, trafiliśmy do hali przylotów. Zaczęliśmy się rozglądać za naszą rezydentką. I tu plus dla pozostałych biur: widoczna była Triada, Sun&Fun, a Eximu ani widu ani słychu. Wiedzieliśmy, że musimy kupić wizy i wypełnić jakieś druczki. Tylko gdzie? Wkurzeni na rezydentkę, po jakichś pięciu czy dziesięciu minutach, zorientowaliśmy się co nieco i ustawiliśmy w kolejce (na szczęście dość krótkiej) do jednego z kilku okienek bankowych. Kupiliśmy tam znaczki wizowe (zapłaciliśmy po 15$), dostaliśmy druczki i z powodu całego zamieszania całkowicie niestety zapomnieliśmy o wymianie pieniędzy. Starajcie się jednak o tym pamiętać i proście o drobne funty - przydają się na bakszysz. Wciąż skazani sami na siebie, zadawaliśmy sobie pytanie - co dalej. Ustawiliśmy się tym razem w dużo dłuższych ogonkach - jak reszta ludzi kierowana przed ich rezydentów. To była odprawa paszportowa, gdzie odebrano od nas wypełnione druczki i wbito pieczątkę do paszportu - mniemam, że wizę właśnie. Przeszliśmy. Przydałby się bagaż. Trafiliśmy do wielkiej sali z masą pasów transmisyjnych. A więc jednak bagaże. Ale gdzie? Otóż po drugiej stronie tej wielkiej sali, tam, gdzie nie było na razie nikogo widać i było całkowicie pusto (to akurat jest pewnie losowe, ale chciałam tu podkreślić, że tym razem pójście za ludźmi nie skutkowało, bo to byli Duńczycy z innego lotu, a więc ich bagaże były w kompletnie innym miejscu). Rada dla początkujących: trzeba patrzeć na opisy na wyświetlaczach - z jakiego lotu bagaże znajdują się na taśmie poniżej. Wyszliśmy wreszcie na świeże powietrze i dopiero tam przed halą stały dwie kobietki, z których jedna wypowiedziała magiczne słowo Exim. Podeszliśmy i czekaliśmy. Okazało się, że totalnie zdezorientowanych ludzi (z Eximu) jest dużo więcej i tylko nam się wydawało, że jesteśmy ostatni. Byliśmy raczej jednymi z pierwszych. Po tym jak reszta wydostała się z hali przylotów skierowano nas do busów i autobusów w celu rozwiezienia do hoteli. Nasze bagaże trafiły na tylne siedzenia busa władowane przez okno. Tubylec, który właściwie wyrwał mi walizkę z rąk i podał innemu gościowi w busie, natychmiast wyciągnął rękę w jednoznacznym geście. Ponieważ nie mieliśmy jeszcze funtów, facet zarobił dolara za podniesienie jakichś 15 kg na wysokość 1 metra. Rezydentka (Sonia) pojechała z nami i w zasadzie nas jako pierwszych odstawiono do hotelu. Mimo, że jeszcze trochę na nią zła, starałam się słuchać, co mówi. Być może dzięki temu zakwaterowanie przebiegło szybko i sprawnie. Sonia wzięła od nas paszporty pytając, czy coś do nich włożyliśmy. W zasadzie mieliśmy zamiar, ale powiedziała, że spróbuje najpierw bez tego załatwić nam pokój z widokiem na morze - jak chcieliśmy. "Przecież nie chcemy ich rozpieszczać" - dodała i poszła do recepcji. Nie wiem, czy to moja ciekawość, brak rozsądku, czy po prostu grzeczność pozwoliły jej na to. W każdym razie nie żałowałam podjętej decyzji - udało jej się i tym sposobem mieliśmy 10$ w kieszeni. Nawet dano nam wybór - budynek główny czy bungalowy. Wybraliśmy budynek główny, bo, jak przypuszczałam, z bungalowów raczej wiele nie będzie widać. Pokój dostaliśmy z faktycznie fajnym widokiem na morze. Potem okazało się, że w całym hotelu jest z 6 pokoi z wręcz fantastycznym widokiem na morze, ale na te raczej nie mogliśmy liczyć. Zresztą i tak byliśmy zadowoleni. Z Sonią ustaliliśmy, że na spotkanie informacyjne umówimy się przy pomocy sms-ów, tzn. ona da nam znać, kiedy się ono odbędzie. Zakwaterowano nas w hotelu Marlin Inn. (http://marlininnbeachresort.com/). Po małym odświeżeniu postanowiliśmy koniecznie gdzieś wymienić kasę. Niestety był to piątek - odpowiednik naszej niedzieli, a do tego ramadan. Wymiany udało nam się dokonać w recepcji hotelowej, ale po 20:00, gdyż dopiero wtedy otworzyli kantor. Wymieniliśmy dolary po kursie 5,75LE za 1$. W międzyczasie poszliśmy na mały rekonesans po okolicy. Hotel okazał się być dużo mniejszy niż się spodziewałam - i dobrze. Doceniliśmy tę kameralność. Okolica zaś była spokojna i nie przypominała w niczym opisywanego przez forumowiczów placu budowy, który to miałam zobaczyć później. Znajduje się on dużo bardziej na południe. Nawet gdyby ktoś dostał w Marlin Inn pokój od ulicy, to hałas nie byłby uciążliwy, ponieważ hotel ten znajduje się w takiej części Hurghady, po której busom i taksówkom nie wolno jeździć ulicą przy deptaku i hotelach. Jest to część miasta położona troszkę na południe od centrum, jednak wystarczająco blisko (busem za 1LE od osoby dotarcie do centrum zajmuje dwie minuty). W Hurghadzie wszystko pachnie nowością. Zrobione pod turystów chodniki, w których niemal można się przejrzeć. Kafejki, apteki, spore centra handlowe (koło nas RamStore), markety (np. AbuAshara) i całe mnóstwo małych uroczych sklepików. Blisko nas było nawet lokalne biuro wycieczek, którego właściciel mówił całkiem nieźle po polsku (nauczył się od turystów), no i kafejka internetowa (z zaporowymi cenami: 15LE za 1h za samo korzystanie z netu). Sztucznie sadzone palmy, kiczowate, acz efektowne, ozdoby na ulicach - wszystko dla turystów. Kompletnie sztuczny świat. Okolica naszego hotelu jest dobrze zaopatrzona - w zasadzie, żeby kupić cokolwiek, nie trzeba jechać do centrum. Wszystko mieliśmy pod ręką. Kiedy spacerowaliśmy, na ulicach prawie nie było ludzi, a już na pewno żadnych egipskich kobiet. Nawet dzieci nie było zbytnio widać, tylko sklepikarze i turyści. Czy tak jest zawsze, czy to kwestia okolicy, czy ramadanu - nie wiedzieliśmy. Przejście ulicą zaowocowało zachwytem mojego męża, który jak się okazało, ma w tym miejscu całą masę przyjaciół :-D Wciąż słyszeliśmy: - "Helo my friend! How are you? Where are you from? What's your name?" Te cztery proste zdania stały się jak mantra. Słyszeliśmy ją wszędzie, na okrągło i niemal bez przerwy. Jak nie słyszeliśmy jej od tubylców, sami powtarzaliśmy, co przy odpowiedniej modulacji głosu i gestykulacji dawało komiczny efekt. Przedrzeźnianiem bawiliśmy się cały tydzień. Zwykle po zadaniu nam czterech kultowych pytań padało pytanie po rosyjsku. Potem okazało się dlaczego - jakieś 90% turystów w tej części Hurghady stanowili Rosjanie. Nasz hotel nie stanowił w tym względzie wyjątku. Ba - Sonia nam potem powiedziała, że słyszała, iż Rosjanie po prostu wykupują hotele w Hurghadzie. Ja zaś zauważyłam jedną zabawną i ciekawą rzecz. Jak wychodziliśmy na ulicę, mając schowany aparat, mówiono do nas po rosyjsku, ale jak go tylko sobie zawieszaliśmy na szyi, mówiono do nas po niemiecku. Aparat mamy taki trochę większy (waży ok. 1kg), jest co nosić, widać go wyraźnie i nie przypomina raczej karty kredytowej ;-) Po pierwszym małym spacerku wróciliśmy do hotelu na kolację. Mąż nie omieszkał do kolacji skosztować lokalnego piwa. Kupił sobie Stellę 0,5l za 13LE, ja zaś raczyłam się colą 0,33l za 4LE. To, co mnie zaskoczyło, to fakt, że podali mi do tej coli nie szklankę, tylko kieliszek, który określiłabym jako służący do czerwonego wina (nie znam się na tym zbytnio). Skoro o kolacji mowa, nie sposób nie wspomnieć o jedzeniu. Jedzenia było ogroooomnie dużo. Podane w formie bufetu szwedzkiego sałatki, warzywa, owoce, potrawy na ciepło, kilka rodzajów pieczywa, ciasta, ciastka i ciasteczka kusiły wyglądem i zapachem. Chciałoby się wszystkiego dosłownie spróbować. Rozsądek jednak zwyciężył. Zjadłam co nieco, ale niestety nie pamiętam już co to było. Pamiętam za to, że było bardzo smaczne. W ogóle jedzenie w tym hotelu było bardzo dobre. Owszem, zdarzały się jakieś pasty na bazie twarogu, do których ktoś wiecznie wsypywał dużo za dużo soli, w efekcie czego były niejadalne, lecz przy tak dużym wyborze, to naprawdę żaden problem. Wreszcie, po tak wielu wrażeniach jednego tylko dnia, nieco zmęczeni, padliśmy w ramiona Morfeusza.
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| Ostatnia aktualizacja ( czwartek, 13 wrzesień 2007 ) | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
| < Poprzedni | Następny > |
|---|


